Od WTC do Usnarza Górnego. 20 lat polityki strachu

Artykuł
Element dekoracyjny: maski. CC0 Public Domain | Pixabay.com

Wykorzystywanie strachu w polityce jest skuteczne, bo sprawia on, że poszukujemy obrońcy. Racjonalne argumenty przestają działać i zamiast trzeźwo ocenić realny stopień zagrożenia, działamy pod wpływem emocji. Potrzebny jest tylko Inny – wróg, przed którym politycy mogą nas ochronić.

Mija 20 lat od zamachu na World Trade Center. Dzięki telewizjom informacyjnym wszyscy byliśmy naocznymi świadkami, niemal uczestnikami tej tragedii. Obrazki ludzi skaczących z najwyższych pięter WTC wryły się w pamięć całych pokoleń, wzbudzając strach silniejszy od mało spektakularnych zgonów np. w wypadkach samochodowych lub na oddziałach onkologicznych. Doświadczenie zbiorowej traumy nie skończyło się wraz z posprzątaniem zgliszczy – trwa do dziś.

Zamach na WTC okazał się bowiem idealnym pretekstem dla polityków, którzy przekonali wyborców państw zachodnich, że powinni się bać.

Bo strach okazał się skutecznym narzędziem do zdobycia lub utrzymania władzy: przerażone społeczeństwa konsolidują się wokół rządzących silną ręką, którzy obiecują bezpieczeństwo.

Efektem ubocznym tej polityki jest zgoda społeczna na to, że terroryści znajdują się poza marginesem praw człowieka – można ich pozbawić prywatności czy torturować. Czas pokazał, że terrorystami mogą stać się nawet osoby uciekające przed wojną, biedą i prześladowaniami w swoim kraju. 20. rocznica zamachu na World Trade Center to doskonały moment na podsumowanie długofalowych efektów polityki strachu.

W ubiegłym roku na polskich drogach zginęło 2500 osób. W ciągu ostatnich 20 lat w zamachach terrorystycznych w Europie zginęło ok. 600 osób. W latach 2005-14 w Stanach Zjednoczonych rocznie 737 osób ginęło na skutek… upadku z łóżka, 11 tys. 737 w strzelaninach, a tylko 9 osób w zamachach islamistycznych. Jeśli patrzeć na same liczby, strach przed terroryzmem jest bez pokrycia. Dlaczego zatem się boimy? Odpowiedź jest równie prosta, co – nomen omen – straszna: bo podsycanie strachu opłaca się politykom. Wystarczy wskazać wroga i pokazać, jak skutecznie będzie się z nim walczyło.

Fałszywa alternatywa: prywatność albo bezpieczeństwo

Po zamachu na WTC polityka strachu – nie tylko w USA, ale też w Europie – nabrała wiatru w żagle. Przestraszeni ludzie od dwudziestu lat usprawiedliwiają programy masowej inwigilacji przekonani, że „albo wolność, albo bezpieczeństwo". Nie był w stanie tego zmienić Edward Snowden, który w 2013 r. ujawnił, że inwigilacja prowadzona jest na tak szeroką skalę, że właściwie każdy i każda z nas może być podejrzany o terroryzm.

Nie udało się też Williamowi Binneyowi – sygnaliście z amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego – który udowodnił, że amerykański wywiad, zamiast skutecznie typować osoby mające związek z przestępczością i im się przyglądać, gubi się w masie gromadzonych przez siebie informacji. Funkcjonariusze przygnieceni niepotrzebnie rejestrowanymi danymi zarzucili analizę kierunkową na rzecz prostego przeszukiwania baz danych, co daje mnóstwo nic nieznaczących „trafień". To właśnie dlatego amerykańska Agencja Bezpieczeństwa Narodowego nie była w stanie zapobiec zamachowi zorganizowanemu w Bostonie przez braci Carnajewów, mimo że przechwyciła ich maile i rozmowy.

„Ujawniliśmy, że to jest system szpiegowski skierowany nie przeciwko terrorystom, ale niewinnym ludziom na całym świecie. Nie ma to nic wspólnego ze zwalczaniem terroryzmu” – Glenn Greenwald dla Christiane Amanpour, CNN

W Europie sytuacja wygląda niewiele lepiej. Pod pretekstem ścigania terrorystów służby mogą sięgać po informacje o lokalizacji i aktywności telefonicznej oraz internetowej każdego i każdej z nas. Niedawno takie szerokie pozyskiwanie danych telekomunikacyjnych zakwestionował Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej jako niezgodny z Kartą Praw Podstawowych. Co nie oznacza, że służby w państwach członkowskich zaprzestały takich praktyk. Np. w Polsce od lat uprawnienia służb są zwiększane pod pretekstem m.in. zagrożenia terrorystycznego.

Strach narzędziem polityki

Wykorzystywanie strachu w polityce jest skuteczne, bo sprawia on, że poszukujemy obrońcy. Racjonalne argumenty przestają działać i zamiast trzeźwo ocenić realny stopień zagrożenia, działamy pod wpływem emocji. Potrzebny jest tylko Inny – wróg, przed którym politycy mogą nas ochronić.

Polityka zarządzania strachem w Polsce przybrała na sile w 2015 r. – podczas kampanii przed wyborami parlamentarnymi, która nałożyła się w czasie na trwający w Europie kryzys uchodźczy. To wtedy politycy postawili znak równości między uchodźcami a terrorystami. „Na uchodźcę-muzułmanina należy patrzeć jak na potencjalnego terrorystę” (Beata Szydło), „będą wysadzać w powietrze polskie niemowlęta” (Jarosław Gowin) i „doprowadzą do upadku cywilizacji łacińskiej” (Jarosław Kaczyński) [źródło cytatów]. Zadziałało – PiS wygrał wybory, po czym zwiększył uprawnienia służb – w ustawie inwigilacyjnej i antyterrorystycznej. Dziwnym trafem akurat w czasie prac legislacyjnych nad tą drugą ustawą doszło w Polsce do dwóch prób zamachów: we wrocławskim autobusie podłożono bombę, próbowano też podpalić komisariat w Warszawie. Trudno o wygodniejszy zbieg okoliczności.

Strach podsycony przy okazji kryzysu uchodźczego został z nami na dłużej. W 2017 r. na pytanie, czego boją się najbardziej, najwięcej Polek i Polaków (38 proc.) wskazało zamach terrorystyczny. Boimy się go bardziej niż utraty pracy (22 proc.) czy tego, że zostaniemy ofiarą przestępstwa (18 proc.).

Odwet na prawach człowieka

Amerykanie wzięli srogi odwet za zamach na ich kraj, ale nie tylko na organizacji, która za niego odpowiadała. Podczas „wojny z terroryzmem" wielokrotnie dopuszczali się tortur zwanych enigmatycznie „rozszerzonymi metodami przesłuchiwania”. W więzieniu Guantanamo latami przetrzymywani i torturowani byli ludzie niemający jakiegokolwiek związku z terroryzmem. Np. Jemeńczyk Mansoor Adayfi – niedoszły student, który podczas badań w Afganistanie został porwany przez afgańskich watażków i przekazany w ręce CIA. Miał wtedy 18 lat. W Guantanamo spędził ich 20. Wszystko wskazuje na to, że swój udział w torturach miały też władze Polski, które pozwoliły na to, by w naszym kraju mieściło się tajne więzienie CIA. Przebywał w nim m.in. Abu Zubajda, który dziś jest osadzony w Guantanamo, mimo że nie został oficjalnie oskarżony o żadne przestępstwo.

Mimo wieloletnich starań obrońców praw człowieka nikt w Polsce nie poniósł konsekwencji za przyzwolenie na tortury. A opinia publiczna w ogóle się tym nie interesuje, bo problem dotyczy Innych, którym prawa człowieka nie przysługują.

Strach na granicy

Polscy politycy dostali ostatnio nową amunicję do swojej polityki: na granicy polsko-białoruskiej pojawili się uchodźcy m.in. z Afganistanu. Los desperacko poszukujących pomocy ludzi wielu osobom nie jest obojętny – o czym świadczy aktywność organizacji społecznych wspieranych zbiórkami od ludzi na pomoc prawną i rzeczową. Ale na każdą osobę sympatyzującą z uchodźcami na granicy znajdzie się przynajmniej jedna, która – tak jak politycy kilka lat temu – stawia znak równości między uchodźcami a terrorystami. Los Innego jest bez znaczenia, jeśli tylko oddalimy zagrożenie.

Kryzys na granicy nie ma łatwych rozwiązań. Ale czy konieczność „ochrony integralności granic Rzeczypospolitej” to wystarczający powód, żeby odmawiać człowieczeństwa ludziom potrzebującym pomocy? Zamiast pozwalać im umierać na granicy i wprowadzać stan wyjątkowy, wystarczyłoby – zgodnie z obowiązującymi w Polsce przepisami – przyjąć ich wnioski o przyznanie statusu uchodźców.

Inwigilacja i tortury są możliwe, bo oficjalnie wymierzone są nie w nas, tylko w Innych: „terrorystów” i „przestępców”. Oczywiście to pułapka, bo masowa inwigilacja nie odróżnia nawet najbardziej praworządnego obywatela od przestępcy-recydywisty. Jednak wypchnięcie Innych – czy są podejrzanymi o terroryzm, czy po prostu bezbronnymi ludźmi na granicy – poza margines praw człowieka, z przyrodzoną każdemu godnością, to najsmutniejszy efekt minionych 20 lat.

Wojciech Klicki, Anna Obem

Tekst ukazał się w w weekendowym wydaniu Gazety Wyborczej (11-12.09.2021) i na stronie wyborcza.pl

Tekst powstał w ramach projektu „Wszystko pod kontrolą” realizowanego z dotacji programu Aktywni Obywatele – Fundusz Krajowy, finansowanego z Funduszy EOG.

Komentarze

A obecnie to co mamy jak nie politykę strachu, politykę kłamstwa oraz politykę ekonomii masowej histerii? Już naukowo to stwierdzono.
https://wolne-forum-transowe.pl/art-covid-19-ogolnoswiatowa-akcja-psycho...
Gorzej bo niedługo, gdy obywatele tego nie przerwą powstaniem wytoczonym przeciwko terrorystom, których stali się zakładnikami, to czeka nas prawdziwe niewolnictwo. Panoptykon wtedy będzie mógł skończyć swoją misję, bo nie będzie już czego bronić - ani wolności, ani prywatności.

Dziwne, że ludzie nie widzą jeszcze, że ten wirus nie jest taki groźny jak go namalowano początkowo, a nawet gdyby był groźny, to nie zauważają, że umierając na wirusa męczą się 1-3 tygodni, a z tą polityką zatraszania będą męczyć się w niewolnictwie latami. Wybór jest prosty, tylko nieuświadomiony - czas zaplanowaną epidemię skończyć oddolnie!

Dodaj komentarz