Nadzór w telefonie

Od czasów „rozmów kontrolowanych” zmieniło się prawie wszystko. Telefon ze wspólnej dla całego osiedla budki telefonicznej przeniósł się do naszych torebek i kieszeni. Z przedmiotu domowego stał się nieodłącznym towarzyszem – powiernikiem wszystkich spraw, nawet tych najbardziej intymnych. Z jednego z wielu kanałów komunikacji przekształcił się w swoiste okno na cyfrowy świat. Stał się gwarancją ciągłego podłączenia. I dał nam pewność, że gdzieś w sieci telekomunikacyjnej zostawimy po sobie cyfrowy ślad. Czyni to z telefonu idealne narzędzie nadzoru. Zmieniło się zatem wszystko, poza samą potrzebą kontroli, która dzięki współczesnej technologii zyskała zupełnie nowy wymiar.

Państwo nie potrzebuje już podsłuchów, żeby wiedzieć jak żyją, z kim się kontaktują, co planują jego obywatele. Połączenie aparatu telefonicznego i konkretnego numeru z osobą, które w cyfrowej rzeczywistości jest już standardem, sprawia, że coraz więcej informacji można uzyskać na podstawie analizy tzw. danych transmisyjnych. Z kim utrzymujemy regularne kontakty, jak rozległa jest nasza sieć społeczna, jakie mamy schematy poruszania się – to wszystko można wywnioskować bez ingerencji w treść komunikatu. Ale to nie koniec. Badania dowodzą, że dane telekomunikacyjne pozwalają również na profilowanie i przewidywanie naszych zachowań w przyszłości. W 95% przypadków na podstawie danych z tylko jednego miesiąca, naukowcom udało się przewidzieć, gdzie dana osoba znajdzie się w ciągu kolejnych 12 godzin.

Państwo nie potrzebuje już podsłuchów, żeby wiedzieć jak żyją, z kim się kontaktują, co planują jego obywatele.

Organy ścigania i służby specjalne w wielu krajach nie wyobrażają już sobie pracy bez dostępu do tych informacji. Dlatego od 2006 roku w Unii Europejskiej obowiązuje reżim gromadzenia i zatrzymywania (tzw. retencji) danych telekomunikacyjnych „na wszelki wypadek”. Polityczne kontrowersje wzbudza już nie tyle samo zatrzymywanie danych, co zasady ich udostępniania i modele kontrolowania kontrolujących. W tej dyskusji zaciera się problem podstawowy: to, że prewencyjne gromadzenie danych o każdym z nas przełamuje jedną z najważniejszych zasad demokratycznego państwa – domniemanie niewinności.

W wymiarze społecznym to, że każdy akt komunikacji zostawia po sobie ślad (w praktyce nie jeden, ale dziesiątki) i że standardem jest gromadzenie tego typu informacji, zmienia bardzo dużo. Tajemnica adwokacka, lekarska czy dziennikarska zyskują niepokojąco względny charakter. Relacje intymne, powiązania biznesowe, działania lobbingowe i kontakty polityczne – te wszystkie aktywności stają się bardzo czytelne dla każdego, kto jest w stanie uzyskać wgląd w nasze billingi i dane transmisyjne. Przy czym w sytuacji, gdy te dane przechowuje każdy operator, a dostęp do nich ma cały szereg instytucji (sądy, prokuratury, policja i inne służby) o wyciek lub nadużycie tego typu informacji nietrudno.

Podstawowe techniki śledzenia – ustalanie miejsc, w których telefon loguje się do sieci, sprawdzanie billingów, gromadzenie cyfrowych śladów w Internecie – dawno już przestały być domeną zarezerwowaną dla służb.

Podstawowe techniki śledzenia – ustalanie miejsc, w których telefon loguje się do sieci, sprawdzanie billingów, gromadzenie cyfrowych śladów w Internecie – dawno już przestały być domeną zarezerwowaną dla służb. Wykorzystują je nagminnie nieufni pracodawcy, rozwodzący się małżonkowie, zapobiegliwi rodzice. Czasem za wiedzą samych śledzonych, nierzadko przy pomocy sądu, adwokata lub prywatnego detektywa, często z naruszeniem prawa. Nadzór telekomunikacyjny w rękach prywatnych osób lub firm z zasady wiąże się z relacją władzy i podległości: służbowej, rodzinnej czy po prostu wynikającej z finansowej lub technologicznej przewagi. 

Co zyskujemy dzięki tej ingerencji w nasze życie prywatne? Wielu jak mantrę powtarza jedno słowo: „bezpieczeństwo”. Mimo braku dowodów na istnienie zależności między prewencyjnym gromadzeniem danych a wzrostem wykrywalności przestępstw, przeświadczenie, że jest to niezbędne, ma rangę dogmatu. Podobna wiara towarzyszy zazdrosnym małżonkom i zatroskanym rodzicom, którzy w dostępie do bilingów i możliwościach, jakie daje geolokalizacja, szukają ukojenia dla swoich lęków. I jedni, i drudzy nie zyskują wiele więcej niż złudzenie opanowanie rzeczywistości, której złożoność i nieprzewidywalność wymyka się telekomunikacyjnemu matriksowi.

W Fundacji Panoptykon jesteśmy przekonani, że to błędne koło ograniczania prywatności na rzecz ułudy bezpieczeństwa można i trzeba przełamać; że organy ścigania nie potrzebują wiedzy o każdym obywatelu, żeby skutecznie ścigać tych nielicznych, którzy rażąco naruszają prawo; wreszcie, że problemy społeczne i brak zaufania w relacjach międzyludzkich nie znikną dzięki tropieniu cyfrowych śladów, a mogą jedynie przybrać na sile. Dlatego od ponad dwóch lat prowadzimy intensywną kampanię przeciwko obowiązkowemu gromadzeniu danych telekomunikacyjnych oraz niekontrolowanemu (przez żaden niezależny organ) dostępowi do nich policji i innych służb. Ujawniamy statystyki, nagłaśniamy nadużycia, ale także rozmawiamy z praktykami i szukamy systemowych rozwiązań.

Polecamy:

INNE TEMATY PANOPTYKONU