Kontrola dokumentacji medycznej przez NIK, NFZ i ABW: kolejne "zarzucanie sieci" kosztem prywatności pacjentów?

Artykuł

"Rynek Zdrowia" donosi o wszczętej przez NIK (przy pomocy NFZ oraz ABW) kontroli badań klinicznych w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie. Zgodnie z zapowiedziami, w ramach kontroli zostanie przebadana dokumentacja medyczna każdego pacjenta. Cel: wyjaśnienie, czy nie doszło do podwójnego finansowania związanych z badaniem świadczeń - raz przez sponsora badania, drugi raz przez NFZ.

Sprawa wpisuje się w cały szereg (częstych ostatnio) doniesień prasowych na temat badań klinicznych, w których zarzuca się lekarzom nieproporcjonalnie wysokie wynagrodzenie, a ośrodkom - dwukrotne pobieranie opłat za świadczenia.

Nie kwestionujemy, że marnotrawstwo funduszy publicznych w systemie ochrony zdrowia jest problemem (zob. raporty NIK w sprawie kontroli w NFZ), a jedną z przyczyn jest brak przejrzystego, powszechnego systemu klasyfikowania i rejestrowania usług medycznych. Ale problemem jest też "koszt" tropienia nieprawidłowości, który de facto ponoszą osoby najmniej im winne. Trudno się oprzeć wrażeniu, że w ferworze "badania prawdziwości zarzutów" organom walczącym z korupcją i nadużyciami w służbie zdrowia zupełnie umyka kwestia ochrony praw samych pacjentów. W dyskusji publicznej pyta się dość często i wyraźnie o granicę między koniecznością kontroli wydatków publicznych a tajemnicą lekarską i prawem pacjenta do ochrony informacji zawartych w dokumentacji, zawierającej przecież najbardziej wrażliwe dane.

Czy to co się dzieje w Krakowie jest zgodne z prawem? Katalog podmiotów, które są uprawnione do wglądu w dokumentację pacjentów (zawarty w art. 18 ust. 3 ustawy o zakładach opieki zdrowotnej) jest dosyć szeroki, co daje formalną podstawę prawną NIK, NFZ i ABW do przeprowadzania kontroli. Jeśli jednak zastanowić się nad celem tych przepisów oraz przeczytać je w kontekście Konstytucji (art. 51) i ustawy o ochronie danych osobowych, legalność takich działań staje się o wiele bardziej wątpliwa.

Ten typ kontroli, zwany obrazowo „zarzucaniem sieci" (fishing expeditions), nie jest oparty na uzasadnionych, dających się wykazać podejrzeniach pod adresem osób dotkniętych przeszukaniem - w tym wypadku samych pacjentów. Podstawą jest nadzieja, że „uda się coś znaleźć”, na zasadzie szukania igły w stogu siana. Naruszenie prawa do prywatności ogromnej liczby osób, do którego dochodzi "przy okazji" takiej kontroli, nie jest proporcjonalne do celu i nie powinno być "legalizowane". A przynajmniej nie bez poważnej debaty publicznej na ten temat.

Ta kontrola przypomina głośną sprawę przeszukań zorganizowanych przez CBA w szpitalu MSWiA przy ul. Wołoskiej w Warszawie w związku z podejrzeniami w "sprawie  dr. G.". Wtedy skonfiskowano dokumentację medyczną obejmującą około 6 tysięcy kart pacjentów. Dokumentacja zawierająca najbardziej wrażliwe dane trafiła do rejonowych komend policji, a w szpitalu nie pozostawiono nawet kopii dokumentów. Tym samym akcja CBA uniemożliwiła śledzenie historii chorób i analizę stanu pacjentów "dotkniętych konfiskatą",  stwarzając bezpośrednie niebezpieczeństwo dla ich życia i zdrowia. Postępowanie w tej sprawie, wszczęte przez prokuraturę na wniosek Okręgowej Izby Lekarskiej, zostało jednak umorzone.

Dodaj komentarz