Obowiązkowe badania ginekologiczne: chodzi o zdrowie i pieniądze. Więc w czym problem?

Artykuł

Od dłuższego już czasu mówiło się i pisało o pomyśle wprowadzenia obowiązkowych badań ginekologicznych dla zatrudnionych kobiet. Odpowiedzią na tę koncepcję były zarówno głosy krytyki, jak i poparcia ze strony rozmaitych środowisk i instytucji. Ostatecznie Ministerstwo Zdrowia zdecydowało się kontynuować prace na projektem i 20 kwietnia skierowało go do konsultacji społecznych. Projekt ustawy wraz z uzasadnieniem można znaleźć tutaj.

Krótko przypomnijmy: zgodnie z założeniami obowiązkowe badania cytologiczne mają objąć kobiety w wielu 25-59 lat, a mammograficzne – kobiety w wieku 50-69 lat.

Badania te wejdą w skład okresowych badań pracowniczych. W uzasadnieniu do projektu czytamy,  że „nowotwory stanowią jeden z najpoważniejszych, co do skali i złożoności, problemów z punktu widzenia zdrowia publicznego”. Wysokie są zarówno wskaźniki zachorowalności, jak i śmiertelności na raka szyjki macicy i raka piersi. Co do faktu, że na te statystyki ma wpływ niedostateczne rozpowszechnienie badań profilaktycznych panuje chyba dość powszechna zgoda. Trudno również polemizować z tym, że jednym z podstawowych zadań państwa w zakresie ochrony zdrowia powinno być popularyzacja tego typu badań. Kontrowersje dotyczą zaproponowanej metody rozwiązania problemu, a mianowicie nałożenia na pracujące kobiety obowiązku badań profilaktycznych.

Często powtarzamy sobie starą zasadę, że lepiej zapobiegać niż leczyć. I trudno się z tym nie zgodzić, zważywszy na to, ile bólu i osobistych tragedii można dzięki temu oszczędzić. Trzeba jednak pamiętać, że Ministerstwo Zdrowia, proponując obowiązkowe badania, kieruje się nie tylko dbałością o życie i zdrowie kobiet, znaczenie ma również wymiar finansowy całego przedsięwzięcia.  W uzasadnieniu do projektu czytamy, że zaproponowane rozwiązania mają przynieść korzyści nie tylko społeczne, ale i dające się oszacować w kategoriach ekonomicznych. W początkowym etapie wprowadzania tych badań ma nastąpić wzrost kosztów, ale ostatecznie rezultatem wprowadzonych rozwiązań ma być m.in. „stopniowe obniżanie kosztów leczenia i świadczeń socjalnych  udzielanych chorym z zaawansowanymi klinicznie nowotworami” oraz „stopniowe zmniejszanie [liczby] osób korzystających ze świadczeń rentowych z tytułu zaawansowanej choroby nowotworowej”.

W założeniu mam być zatem i  zdrowiej, i taniej. Trzeba jednak jasno postawić sobie pytanie, czy założone cele powinno się w tym wypadku realizować za wszelką cenę. Zasada jest taka, że na przeprowadzenie badań i innych czynności medycznych potrzebna jest zgoda pacjenta. Oczywiście od tej zasady są wyjątki. Można mieć jednak wątpliwości, czy w  tej sytuacji wprowadzenie takiego wyjątku jest rzeczywiście właściwe i pożądane. W przypadku choroby takiej jak rak szyjki macicy czy rak piersi nie mamy do czynienia z takimi zagrożeniami, jak chociażby w przypadku chorób zakaźnych, kiedy to np. obowiązkowe szczepienia mogą być usprawiedliwione względami epidemiologicznymi i dbałością o życie i zdrowie innych osób. Mamy tu natomiast do czynienia z badaniami, które głęboko ingerują w sferę intymną, prywatność badanych osób. I dlatego stoimy na stanowisku, że powinny być wykonywane za zgodą osoby badanej, a odstępstwo od tej zasady może być podyktowane jedynie wyjątkowymi względami. Wykonanie badań ginekologicznych pod przymusem oznacza nie tylko brak poszanowania dla intymnej sfery osoby badanej, ale również dla jej godności.

Analizując zaproponowane rozwiązania, nie można oczywiście pominąć genderowego wymiaru całej sprawy. Obowiązkowymi badaniami zostały bowiem objęte tylko kobiety, mimo że problem „męskich” nowotworów (czy innych poważnych chorób dotykających obie płcie) – jak rak prostaty czy jelita grubego – jest równie poważny. Zresztą doświadczenie uczy, że to zazwyczaj kobiety bardziej dbają o swoje zdrowie i są bardziej świadome zagrożeń, a to mężczyźni dramatycznie rzadko korzystają z badań profilaktycznych. Tymczasem obowiązkiem badań mają zostać objęte kobiety. Można sobie postawić pytanie o to, kto w tej sytuacji jest bardziej dyskryminowany: kobiety – które nie po raz pierwszy  zostały potraktowane w sposób przedmiotowy i paternalistyczny,  jako te, o które trzeba zadbać i za które można decydować; czy mężczyźni – pozostawieni niejako poza nawiasem zainteresowania państwa.

Trzeba również zastanowić się nad rzeczywistymi skutkami, jakie przynieść może zaproponowane przez Ministerstwo Zdrowia rozwiązania. Nowy obowiązek zmusi pracownice do regularnego wykonywania badań cytologicznych i mammograficznych. I to zapewne bezpośrednio wpłynie w sposób pozytywny na statystyki wykonywanych badań. Trzeba jednak również pamiętać, że jednym z celów proponowanej regulacji jest podniesienie poziomu świadomości społecznej w kwestii badań profilaktycznych. Czy tak się rzeczywiście stanie? Możemy założyć, że kontrowersje wokół pomysłu wprowadzenia obowiązkowych badań wpłyną na to, że o badaniach profilaktycznych będzie się mówić więcej, więcej osób usłyszy przekaz o ich znaczeniu. Można mieć jednak wątpliwości, czy wśród kobiet nieobjętych obowiązkiem badań przełoży się to na realny wzrost odsetka korzystających z cytologii i mammografii. A to przecież w grupie kobiet niezatrudnionych, z małych miejscowości, często wykluczonych problem jest szczególnie poważny. Podobnie pytanie dotyczy profilaktyki innych chorób. Czy zmuszanie grupy osób do poddawania się badaniom może zachęcić innych do korzystania z profilaktyki?

Co w takim razie należy robić? Oczywiście nie ma i nie będzie prostej odpowiedzi na to pytanie. Problem jest wyjątkowo trudny i delikatny: dotyczy bowiem tak ważnych wartości jak ludzkie życie i zdrowie, a jednocześnie dotyka delikatnej, intymnej sfery. Warto jednak chyba zacząć od znalezienia odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak wiele kobiet unika badań profilaktycznych. Czy jest to po prostu lenistwo albo brak wiedzy i świadomości? A może przyczyny leżą gdzieś głębiej? Trzeba się nad tym zastanowić, jeśli chcemy zapobiegać i leczyć skutecznie oraz z szacunkiem dla pacjenta.

Komentarze

"...jak chociażby w przypadku chorób zakaźnych, kiedy to np. obowiązkowe szczepienia mogą być usprawiedliwione względami epidemiologicznymi i dbałością o życie i zdrowie innych osób..."Powyższy pogląd jest dyskusyjny nie tylko ze względu na znaczną ingerencję w wolność jednostki ale równiez ze względów logicznych. Jakiż bowiem wpływ ma brak szczepień u obywatela A na zdrowie zaszczepionego obywatela B ? Zakładając iż szczepionki w swym zamysle powodują redukcję podatności na daną jednostkę chorobową (co wcale nmie jest tak jednoznaczne), przy jednoczesnym znacznym ryzyku innych powikłań (o których wiedza o dziwo nie jest wcale rozpowszechniana) co przyczynia się do zmniejszenia zachorowalności (lub/i śmertelności) na daną chorobę pomimo kmontaktu z osobami zakarzonymi. Jaki w taki wypadku ma cel nakładanie obowiązku szczepień? Czy parawo wyboru terminu oraz sposobu własnej śmierci nie jest jednym z podstrawowych praw wolnego człowieka? O ile przekonywanie do podjęcia decyzji o zaszczepieniu (przy jednoczesnym uczciwym przedstawieniu wszzelkiuch aspektów) jest moralnie i etycznie dopusczalne o tyle przymuszanie juz nie. Jednak to wszystko jest tylko efektem państwowej uzurpacji prawa do ingerencji w życie prywatne i rodzinne. W państwach o ustrojach nietotalitarnych problem ten nie występuje gdyż państwo ma w nich prawo do ingerencji w życie prywatne tylko i wyłączenie w relanym aktualnie zagrożeniu a nie posiada takiego prawa w przypadku przewidywań zagrożeniia które może nigdy nie nastąpić. 

Niestety rezygnacja ze szczepień ma wpływ nie tylko na jednostkę nieszczepioną. W wielu krajach, także w Polsce, dzięki obowiązkowym szczepieniom niektóre groźne choroby, np. ospa, polio czy gruźlica, zostały całkowicie wyleminowane. Wciąż zaś umierają na nie ludzie w krajach, gdzie szczepienia nie są obowiązkowe. Anna Obem

Dodaj komentarz