Po seminarium o nadzorze nad biedą

Artykuł

biedaTym razem w ramach Seminarium Panoptykon postanowiliśmy przyjrzeć się bliżej temu, jak wygląda stosunek państwa i związanych z nim instytucji do ludzi biednych, naznaczonych piętnem społecznej marginalizacji i wykluczenia. W obliczu nowych propozycji związanych z opieką społeczną – jak koncepcja warszawskiego rejestru bezdomnych czy projekt nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie – konieczne wydaje się postawienie pytania o fundamenty, na jakich opiera się system pomocy społecznej: czy głęboko ingerujące w życie beneficjentów praktyki rzeczywiście odpowiadają ich realnym potrzebom? W centrum tej dyskusji ponownie znalazła się kwestia stosowanych przez władzę technologii dyscyplinarnych, których mechanizmy w przypadku grup społecznych uważanych za „nieproduktywne” i „patologiczne” wydają się szczególnie widoczne.

Dyskusja wokół nadzoru nad biednymi skupiła się głównie wokół analizy dyskursu władzy. Zdaniem Ewy Charkiewicz z Think Tanku Feministycznego akty prawne i oparte na nich działania instytucji opieki społecznej są obecnie konstruowane w duchu neoliberalnym, w którym biednego traktuje się jako przedmiot kontroli, a nie równy wobec innych podmiot. Z badań przeprowadzonych przez Think Tank wśród ubogich kobiet w Wałbrzychu i Krośnie wynika, że podstawą traktowania potrzebujących jest ocena ich funkcjonalności dla systemu społecznego skoncentrowanego wokół wolnego rynku. Rewersem takiego myślenia jest według Charkiewicz to, co nazwała ona „dyskursem faszyzmu społecznego”, a więc tendencja do stygmatyzacji ubogich jako nieprzydatnych, zbędnych i nieproduktywnych, z „którymi coś trzeba zrobić”. Dyskurs ten jest tożsamy z dyskursem neoliberalnym, w którym normą i punktem odniesienia jest zaradna, samodzielna i efektywna jednostka. Tym samym osią podziałów społecznych staje się rozróżnienie na użytecznych i nieużytecznych ekonomicznie, wzorowo płacących podatki i pasożytującym na nich marginesie. Biedny staje się Obcym neoliberalizmu – jego przeciwieństwem, a jednocześnie zwierciadłem, w którym może się on przeglądać.

Konsekwencją takiego ujęcia problematyki ubogich jest, zdaniem Charkiewicz, konieczność nadzoru, który wkracza w świat wykluczonych. W istocie dyscyplinowanie biednych przy pomocy wywiadów środowiskowych, kwestionariuszy, rejestrów itp. potwierdza ich status wadliwej części społeczeństwa, którą należy włączyć w mechanizmy wolnego rynku. We wnioskach z badań kobiet z Wałbrzycha i Krosna się zwraca się uwagę na element presji ze strony państwa, społeczeństwa i instytucji społecznych na podjęcie przez te kobiety pracy za każdą stawkę. Tym samym wtłacza się jednostki w pewien system społeczny, często za cenę upokorzenia i zarobków na granicy przeżywalności. Rzadko jednak służy to poprawie sytuacji społecznej; często dzieje się wręcz odwrotnie – „śmieciowa praca”, za niskie stawki i bez zabezpieczeń socjalnych, tylko utrwala biedę, będąc przyczyną frustracji i pogorszenia stanu zdrowia. To z kolei może być wykorzystywane na przykład przez „rynek kredytów”, który, oferując szybkie pożyczki na telefon itp., sprzyja wpadaniu tych ludzi w spiralę zadłużenia.

Jednym z głównych problemów jest tak zwana finansjalizacja pomocy społecznej. Niski poziom świadczeń w niewielkim stopniu pomaga potrzebującym, a przy tym jest traktowany jako zbędne obciążenie, nieefektywny transfer środków, które mogły zostać przeznaczone na coś innego. Okazuje się więc, że instytucje świadczące pomoc mogą działać przeciwskutecznie – uzależniając ludzi od świadczeń w istocie pracują na to, żeby utrzymać ich na granicy przeżywalności. Ubodzy cały czas są obejmowani przez jakieś systemy dyscyplinujące, wydające osądy na temat stopnia ich przydatności i potencjału „adaptacyjnego”. Charkiewicz nie widzi tutaj możliwości poprawy bez zmiany polityki społeczno-gospodarczej państwa, która obecnie każdy transfer pieniędzy do obywateli rozpatruje w kategoriach inwestycji, która powinna się zwrócić w realnym pieniężnym wymiarze. Opowiada się ona za polityką nakierowaną na tworzenie miejsc pracy i zapewniania potrzebującym bezpieczeństwa egzystencjalnego, a nie na instytucjonalną jałmużnę wspartą ponadstandardową ingerencją w prywatność wykluczonych.

Zbliżoną, choć nieco odmienną, perspektywę reprezentuje Tomasz Rakowski z Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UW, według którego głównym problemem pozostaje relacja między instytucjami pomocy społecznej a biednymi. Jej korzeni należałoby szukać w latach 80. w Wielkiej Brytanii, kiedy formacja związana z będącą wówczas u władzy Margaret Thatcher przyczyniła się do eksplozji mitu zależności biednych od państwa, który przełożył się na politykę ograniczania pomocy społecznej. Negacja istnienia społeczeństwa jako wspólnoty miała związek z narodzinami skrajnie indywidualistycznej kultury, w której jednostka była traktowana jako swoje własne dzieło, a nie wytwór pewnych sił społecznych. W dominującym dyskursie zaczął panować model doskonale racjonalnego człowieka (homo oeconomicus), którego naturalnym środowiskiem samorealizacji miał być wolny rynek. Zdaniem Rakowskiego, taka wizja stosunków społecznych przyczyniła się do silnej stereotypizacji biednych, jako uzależnionych od zasiłków, niezintegrowanych społecznie, niezdolnych do podjęcia pracy, pozbawionych myślenia przyszłościowego, biernych, apatycznych oraz obdarzonych inną konstrukcją psychiczną. Taki uproszczony model człowieka, będący przeciwieństwem jednostki funkcjonalnej dla neoliberalnego dyskursu władzy, legitymizuje ścisły nadzór przy niskim poziomie świadczeń.

Rakowski postuluje odejście od instytucjonalnego podejścia do biedy na rzecz pogłębionych badań antropologicznych, które mogłoby odsłonić jej korzenie i mechanizmy. Podobnie jak Janine R. Wedel w książce „Prywatna Polska” przyczyniła się obalenia mitu biernych i nieproduktywnych z definicji Polaków pod rządami komunistów (co również można rozpatrywać jako zanegowanie liberalnego dyskursu Zachodu zniekształcającego obraz Polski), tak badania Rakowskiego nad ubóstwem posttransformacyjnym mogą pomóc naruszyć wizję „zaklętej kultury biedy”, w której jedynym zajęciem zdaje się być ustawianie się w kolejce po zasiłek. Z badań przeprowadzonych przez Rakowskiego wśród byłych górników pracujących w biedaszybach w Wałbrzychu wyłania się obraz pozostających poza oficjalnym systemem ludzi, którzy „wzięli sprawy we własne ręce”, jednak na właściwy sobie sposób. Po zamknięciu miejscowych wielkich kopalni – co było konsekwencją logiki przemian transformacyjnych – wykazali się dużą mobilnością, tworząc alternatywny wobec oficjalnego obieg gospodarczy, polegający na wydobywaniu węgla z wykopanych własnoręcznie nielegalnych szybów. Jak pokazują badania Rakowskiego, byli górnicy stanowią często przeciwieństwo stereotypu ubóstwa: są zintegrowani ze swoim otoczeniem społecznym, kultywują tradycję górniczą, ich praca ma służyć polepszeniu losu, a nie tylko przetrwaniu. Jednak, jako pozostający poza systemem, dla wielu instytucji ci ludzie nie istnieją, gdyż ich egzystencji nie daje się ująć w normatywne ramy rządzące naszym społeczeństwem.

Rozwiązaniem mogłoby być odejście od „standaryzacji” biedy, a więc tworzenia uniwersalnych kwestionariuszy, które w praktyce uniemożliwiają uchwycenie jej istoty w danych warunkach społecznych i lokalnych. Zdaniem Tomasza Rakowskiego, wiele instrumentów mających służyć pomocy potrzebującym opartych jest nie na zweryfikowanej wiedzy, ale arbitralnie przyjętych kategoriach, przez co skuteczna pomoc nie jest udzielana, mimo często usilnych starań opieki społecznej. Problemem jest więc praktyka dostosowywania rzeczywistości do wyobrażeń pracowników socjalnych oraz powszechnie stosowanych formularzy, co wynika z paternalistycznej w swojej istocie relacji władza-ubogi. Potrzeby biurokratycznego porządku wypierają dążenie do zrozumienia realnych przyczyn i skutków biedy. Nie dostrzega się również faktu, z jakim stresem i upokorzeniem może się łączyć nieustanna konieczność udowadniania przez potrzebujących przed pracownikami socjalnymi swojego niskiego statusu, a więc spełniania „formalnych” wymogów do otrzymania pomocy.

Czy jednak problemem jest jedynie dyskursywne naznaczenie biednych i związane z tym praktyki instytucji odpowiedzialnych za ich kontrolowanie? Z wypowiedzi, które padły w dyskusji można wnioskować, że problem ma jeszcze co najmniej kilka innych aspektów. Mimo coraz lepszego wykształcenia pracowników socjalnych służba ta pozostaje nadal skrajnie niedofinansowana, przez co nawet dobrze skrojony projekt pomocy ma nikłe szanse na realizację, a praktyka sprowadza się zazwyczaj do dostarczania doraźnej pomocy pieniężnej, która pozwala potrzebującym ledwie na przeżycie. Pozostaje w związku z tym pytanie o sens stosowania głęboko ingerujących w prywatności metod (takich jak wywiady środowiskowe), kiedy z góry wiadomo, że zdobyte w ten sposób informacje nie mają szansy przełożyć się na lepszą jakość pomocy, a jedynie posłużą rejestracji i tworzeniu coraz bardziej szczegółowych kartotek. Inną kwestią jest powszechność zagrożenia biedą w naszym społeczeństwie, która wynika z tego, iż jesteśmy nadal w fazie przejściowej, w której rozwarstwienie społeczne i dystanse między bogatymi i biednymi mają tendencję wzrostową. Jak jednak zauważył Rakowski, są pewne grupy społeczne, jak na przykład niepełnosprawni, których zjawisko biedy i wykluczenia będzie w jakimś stopniu dotyczyło zawsze. Tym samym należy już teraz zadbać o przemyślenie relacji pomiędzy instytucjami społecznymi a ubogimi, co być może pozwoli na lepsze rozpoznanie potrzeb tych drugich, przy pomocy metod biorących pod uwagę ich godność i prawo do prywatności.

Dominik Skowerski

Nagranie seminarium:

 

Dodaj komentarz