Certyfikaty odporności przepustką do normalnego życia? Nie idźmy tą drogą!

Artykuł

Już na początku pandemii Bill Gates przewidywał (ostrzegał?), że powrót do nieograniczonego podróżowania będzie możliwy pod warunkiem wprowadzenia „certyfikatów odporności”. W ostatnich miesiącach koncepcja zmutowała i mimo krytyki ze strony naukowców kolejne rządy flirtują z nią, szukając drogi powrotu do życia sprzed pandemii. Minister Marek Zagórski zapewniał nas niedawno, że w Polsce nie ma takich planów. Jednak – jako że temat powraca w debacie publicznej, a ryzyka są poważne – postanowiliśmy zabrać głos. Czym są certyfikaty odporności i dlaczego zarówno WHO, jak i organizacje broniące praw człowieka ostrzegają przed ich wprowadzeniem?

Certyfikat odporności? Najpierw sprawdźmy, czy da się uodpornić na COVID-19

Nie ma jeszcze sposobu na potwierdzenie, czy dana osoba jest odporna na koronawirusa. Sam pomysł zdobywa jednak popularność wśród politycznych decydentów. Certyfikat miałby potwierdzać, że dana osoba nie tylko przechorowała koronawirusa, ale też że jest odporna na ponowne zachorowanie i w związku z tym nie musi podlegać restrykcjom, które mają na celu powstrzymanie rozprzestrzeniania się epidemii.

Ta koncepcja opiera się na (nadal jeszcze) niesprawdzonym założeniu, że przechorowanie koronawirusa daje długotrwałą odporność i minimalizuje ryzyko zarażania innych. WHO podkreśla, że nie ma na to dowodów. Znany jest natomiast przypadek osoby, która na COVID-19 zachorowała dwukrotnie. Immunolodzy ostrzegają wręcz, że certyfikaty odporności stosowane masowo w społeczeństwie mogą okazać się szkodliwe. W przeciwieństwie do książeczek szczepień, które zachęcają do szczepienia się po to, żeby nie zachorować, certyfikaty odporności zachęcają do chorowania (bo opierają się na założeniu, że właśnie przejście choroby prowadzi do zdobycia odporności), a to prosta droga do wywołania kolejnej fali epidemii.

Minister Cyfryzacji Marek Zagórski zapewnił nas niedawno, że w Polsce nie są w ogóle prowadzone prace nad wprowadzeniem certyfikatów odporności. To naprawdę dobra wiadomość. Niestety, koncepcję certyfikatów analizują inne kraje, m.in. Niemcy, Wielka Brytania, Estonia i Chile. Wpływowym orędownikiem tej idei jest też wspomniany Bill Gates.

Certyfikaty dla bogatych: to nie pierwszy raz, kiedy choroba dzieli świat na lepszych i gorszych

Łatwo sobie wyobrazić szersze zastosowanie certyfikatów niż to, o którym mówił miliarder: konieczność okazywania ich nie tylko na granicy, ale też w pracy, w komunikacji miejskiej czy w restauracjach. To nic nowego. Kiedy w XIX w. południe Stanów Zjednoczonych pustoszyła żółta febra (nie było jeszcze szczepionki), nieliczni ozdrowieńcy nabywali odporność na resztę życia – ta zaś była przepustką do pracy. Nic więc dziwnego, że wiele osób starało się zachorować. Śmiertelność na koronawirusa jest bez porównania mniejsza niż na żółtą febrę w XIX w., ale nadal nie każdy może bezpiecznie przejść tę chorobę i tym samym „zasłużyć” na certyfikat. Wiele zależy od ogólnego stanu zdrowia i dostępu do odpowiedniego leczenia, co stawia w gorszej sytuacji osoby o mniej uprzywilejowanym statusie społecznym i wszystkie te, które kwalifikują się do grup ryzyka (m.in. osoby starsze, cierpiące na cukrzycę, nadciśnienie i astmę).

W XIX w. certyfikatów (ani faktycznej odporności na żółtą febrę) nie potrzebowali bogaci biali, którzy mogli siedzieć bezpiecznie w domach, podczas gdy na ich rzecz pracowali inni. W czasach koronawirusa Bill Gates i jemu podobni, ale też piszące te słowa i tysiące białych kołnierzyków, pracują zdalnie bez utraty zarobków, podczas gdy personel medyczny, kierowcy i górnicy, sprzedawcy żywności i pracownicy zakładów produkcyjnych nie mają takiej możliwości. Wprowadzenie odgórnie przez rządy lub oddolnie przez pracodawców obowiązku wylegitymowania się certyfikatem odporności uderzyłoby przede wszystkim w wymienione grupy zawodowe..

Lista zagrożeń, jakie niesie za sobą ewentualne wprowadzenie certyfikatów odporności, jest niestety dłuższa. Można sobie wyobrazić próby manipulowania wynikami: przez osoby, które mają dość izolacji, ale też przez te, które z różnych powodów chcą uniknąć powrotu do pracy. Certyfikaty mogłyby się też okazać poręcznym narzędziem politycznym, umożliwiającym rządom ograniczanie wolności (np. zgromadzeń czy przemieszczania się) pod pretekstem walki z epidemią. Niewykluczone też, że z czasem sami zaczęlibyśmy się segregować, zapraszając na grilla tylko uodpornionych znajomych.

Papier bezpieczniejszy niż baza danych (chociaż równie nieskuteczny)

Opisane wyżej zagrożenia powinny być wystarczającym powodem, żeby nie eksperymentować z certyfikatami odporności na koronawirusa, ale na nich wątpliwości się nie kończą. Jeśli certyfikaty miałyby przybrać postać cyfrową, przechowywaną na telefonie i powiązaną z właścicielem za pomocą profilu biometrycznego (o takiej formie dyskutuje się m.in. w Wielkiej Brytanii – por. infografika poniżej), otworzyłaby się puszka Pandory z technologicznymi zagrożeniami.

Na pierwszy plan wysuwa się ryzyko błędów i nadużyć. Żadna baza danych i żadna aplikacja nie jest w 100% odporna na oszustwa i pomyłki, szczególnie jeśli stawka jest tak wysoka, jak w tym przypadku. Jeśli cyfrowy certyfikat miałby być przepustką do normalnego życia, determinacja ludzi, żeby go zdobyć lub utrzymać, byłaby bardzo wysoka. Nietrudno sobie wyobrazić czarny rynek obsługujący popyt na pozytywny albo negatywny wynik testu (jeśli np. niemożność podjęcia pracy wiązałaby się z odpowiednio wysokimi świadczeniami), ale też wymuszenia okupu od osób pod groźbą zhakowania ich certyfikatu (ransomeware).

Aplikacja z certyfikatem odporności prawdopodobnie musiałaby się opierać na identyfikacji biometrycznej (odcisku palca lub biometrycznym zdjęciu, por. brytyjski przykład powyżej). A gdy wchodzi w grę przetwarzanie wrażliwych danych (takimi są dane biometryczne), pojawia się też ryzyko dla prywatności. Żeby je zminimalizować, aplikacja musiałaby zostać zaprojektowana w zgodzie z RODO i w sposób budzący społeczne zaufanie. A jak pokazują nasze doświadczenia z innymi narzędziami technologicznymi „do walki z pandemią”, to wcale nie jest proste. Nie można też ignorować ryzyka wycieku danych. Obiegowa opinia głosi, że jeśli z jakiejś bazy dane jeszcze nie wyciekły, to prędzej czy później i tak to nastąpi – a informacje o zdrowiu w połączeniu z identyfikatorem biometrycznym to łakomy kąsek. 

Nowy problem? Chcesz wejść „bezpiecznie” do sklepu lub biura, ale nie masz ochoty pokazywać na każdym kroku dokumentów? Zróbmy na to apkę – takie technosolucjonistyczne podejście w walce z koronawirusem pojawia się nie po raz pierwszy. Podobne zarzuty formułowaliśmy m.in. w związku z aplikacją „Kwarantanna domowa” i projektem ProteGO Safe. Ale czy papierowe certyfikaty byłyby lepsze? Z perspektywy skuteczności (a właściwie, według aktualnego stanu wiedzy, jej braku) nie ma to znaczenia. Papierowa opcja budzi jednak mniej kontrowersji z punktu widzenia zabezpieczenia danych: trudniej je udostępniać innym organom bez wiedzy osoby, której dane dotyczą; maleje też ryzyko wycieku wrażliwych informacji z aplikacji na telefonie. Jednak w przypadku papierowych certyfikatów zapewne pojawiłby się problem z aktualizowaniem danych, szczególnie jeśli w wyniku prowadzonych badań okazałoby się, że odporność na koronawirusa nie jest trwała.

Zamiast rozwiązania – nowe problemy

Pandemia koronawirusa wywraca do góry nogami świat, jaki do tej pory znaliśmy. Przywróciła granice w Unii Europejskiej, zniosła globalizację, zmieniła oblicze rozrywki, a największe gospodarki świata spycha na skraj zapaści. Zmienia też relacje między ludźmi, budząc uśpione lęki. Certyfikaty odporności tych problemów nie rozwiążą, mogą natomiast stworzyć nowe.

Anna Obem, Karolina Iwańska, Katarzyna Szymielewicz

Źródło infografiki: The Guardian

Polecamy:

Ada Lovelace Institute: Exit through the app store?

Politico: Digital immunity passport ‘the lesser of two evils,’ says UK startup boss 

New York Times: The Dangerous History of Immunoprivilege

The Lancet: COVID-19 immunity passports and vaccination certificates: scientific, equitable, and legal challenges

Komentarze

To nie są certyfikaty odporności tylko to jest powiązane z ID2020 - projektem Billa. Szczepionki oparte na plasreze z mikroigłami - mają znacznik (quantum dots) coś w rodzaju lucyferazy, fluorescencyjnego tatuaża nałożone na te igły. Działa to identycznie jak QR code. Każda dawka szczepionki będzie miała inny ten kod i będzie można ludzi dzięki podczerwieni prześwietlić i pobudzić do świecenia w dalekiej czerwieni ten tatuaż. To będzie prowadzić do odebrania prywatności.

Szczepionki z takim "certyfikatem" przyjdą (nie będą dla nas produkować innych) z:
- RICE University (https://bioengineering.rice.edu/news/quantum-dot-tattoos-hold-vaccinatio...)
- MIT University (http://news.mit.edu/2019/storing-vaccine-history-skin-1218)
- University of Pittsburgh (ten jawnie jako plaster z mikroigłami figuruje na liście mp.pl:
https://www.mp.pl/szczepienia/artykuly/przegladowe/232468,wyscig-po-szcz...

NIE SZCZEPIĘ SIĘ NA COVID-19!!! Jak wszędzie piszą - choroba spowodowała w Polsce jedynie nieco ponad 1000 zgonów. Najgroźniejszy objaw uboczny szczepienia w przypadku PANDEMRIX (Szczepionka na świńską grypę) - anafilaksja miał częstotliwość od 1:10000 do 1:1000. To daje potencjalną ilość zgonów w Polsce na samą anafilaksję 3900 do 39000. Szumowski swoją decyzją o OBOWIĄZKOWYM SZCZEPIENIU NA TĄ KOCIĄ GRYPĘ CHCE NAS ZABIĆ i na nas eksperymentować wbrew zakazowi eksperymentów

Jezus, Maria, przecież już 1 objaw uboczny stwarza większe ryzyko 4-40 krotnie niż idą korzyści z TYCH TRUCIZN.

O ile można powiedzieć, że szczepionka na odrę, tężec, błonicę, gruźlicę są pożyteczne bo korzyści szczepionki przekraczają skutki uboczne szczepionki (każda je ma!) i każdemu powiem "szczep się na odrę, różyczkę, tężeć, błonicę czy gruźlicę" o tyle każdemu powiem "NIE SZCZEP SIĘ NA COVID-19 SARS-CoV-2 oraz nie szczep się na grypę o ile nie masz dużęgo ryzyka wystąpienia tej choroby - m.in. wiek powyżej 60 roku życia."

Ten Minister Łukasz Szumowski to jakiś szarlatan, skoro chce zamawiać 39 milionów szczepionek, zaszczepić każdego Polaka obowiązkowo i tych co się nie dali narazić na śmierć szczepionką - chce ścigać poprzez sanepid.

Uciekajcie z tego kraju!!! To jest szczepienie w celu inwigilacji (bo szczepionki będą miały certyfikaty) i takie zostaną kupione mimo "braku planowania".

Podajcie to innym, którzy myślą, że ten cały koronawirus to druga Ebola - to jest taka sama choroba jak grypa. Sprawdźcie ile zgonów jest na świecie na grypę sezonową i ile umarło na COVID.

Dla wierzących:
To jest Bestia. Królestwa dostąpią tylko ci, którzy znamienia bestii nie wzięli sobie na rękę lub na czoło. Jego numer to 666.

Przeczytajcie powyższe i zaktualizujcie swój artykuł. To nie będą ani papierowe ani smartfonowe certyfikaty - to będą certyfikaty deponowane pod skórą (skóra przepuszcza podczerwień - tak działa pulsoksymetria czyli pomiar ilości tlenu we krwi.

Oni te certyfikaty wszczepią nam plastrami z mikroigłami (informacje wyżej z 3 UNIWERSYTETÓW) i spawdzenie spowoduje stwierdzenie szczepienia oraz po zawartości reszty wszczepionego kodu QR - kim jesteśmy - pobrane smartfonem ze specjalną nakładką do skanowania w podczerwieni - z serwera.

Szanowna Redakcjo!

Czy czytają Państwo komentarze umieszczone przez internautów pod artykułami z apelem o nierozpoznawanie twarzy cyfrowo, w sprawie aplikacji Protego i innych?

Czy ktoś Państwu płaci (Soros?), aby nie napisać właśnie w tym artykule powyżej o dużo większym zagrożeniu? Co będzie miała do wyboru osoba zaszczepiona siłowo - tak wygląda szczepienie obowiązkowe w trakcie epidemii, gdy brak jest zgody? Dostanie siłowo plaster na czoło lub policzek i jak będzie wyglądała, gdy będzie chciała sobie to wydłubać lub wyciąć?

Przypomnę, że papier lub smartfon można zgubić, a dane z serwerów można kazać na podstawie RODO - usunąć. Jak będzie wyglądało usuwanie "kwantowych kropek", "tatuaża kwantowego", "kodu QR widocznego w podczerwieni" z twarzy? Skończy się oszpeceniem? Taki tatuaż kwantowy to wymarzona forma do inwigilacji. Nie będzie trzeba rozpoznawać twarzy, a wystarczyło będzie zdjęcie filtrów podczaerwieni z kamer i rozpoznawać wystarczy świecący "znacznik" podany wraz ze szczepionką.

Jeżeli nie wiecie jak wygląda plaster z mikroigłami - wyjmijcie lub znajdźcie procesor AMD lub intel pokazany od spodu. Wyobraźcie sobie, że ktoś wyłamał z niego kilka nóżek w sposób losowy, nałożył na nie znacznik i wcisnął to Wan w skórę zostawiając znacznik pod spodem. Taki plaster da się wbić igłami pod skórę jednym uderzeniem z liścia!.

Czy Fundacja Panoptykon napisze artykuł o tej niebezpiecznej technologii?

Pozdrawiam i liczę na rzetelność.
Freedom Angel.

> Minister Marek Zagórski zapewniał nas niedawno, że w Polsce nie ma takich planów.

Fundacjo, Wy naprawdę wierzycie w takie rzeczy? Zapewnienia? Że brak planów?

że żaden liczący się portal o prywatności nie pisze o tym co się dzieje. Nie piszą o tym gazety ani regionalne ani ogólnopolskie, przez co ludzie nawet nie będą wiedzieli co te szczepionki zawierają i nie będą mogli protestować ani się sprzeciwić. Przykre, że przemilcza ten temat nawet Panoptykon. Niebawem będziemy chodzili oznakowani jak krowy, wystarczy zdjęcie filtru z kamery lub zastosowanie starego typu kamery i będzie można samodzielnie identyfikować ludzi. Przecież żeby protestować przeciwko takim rozwiązaniom, najpierw trzeba wiedzieć, że takie rozwiązanie istnieje. Ludzie się zorientują długo po czasie, gdy pojawią się znów zdjęcia ze smugami, zdjęcia z kodami, a każdy będzie im wciskał, że to wada kamery. Nawet nie zastanowią się co to jest poza tymi inteligentniejszymi jednostkami jak hakerzy, którzy użyją tego przeciwko nim. Dokumentacja medyczna w postaci kropek kwantowych. Kolejna rzecz, która doprowadzi do wyśmiewania i uwidaczniania w populacji między innymi osób trans. Będzie wystarczała jedynie znajomość kodu jakim zostaną oznaczone i mamy doskonałe narzędzie do nękania ludzi, nie tylko ich inwigilacji i kontroli. Czyżby kwantowe kropki były tylną furtką do zgodnej rezygnacji z mechanizmów rozpoznawania twarzy? Wszyscy będą wtedy happy, gdy z rozpoznawania twarzy przejdziemy na rozwiązanie, którego nie widzimy bez wyświetlonego kanału podczerwieni w kamerze? Plan wprowadzenia dowodów osobistych z zapisanymi liniami papilarnymi (i przechowywaniem tych odcisków w bazie danych) też Panoptykon przemilczał, a przecież taki odcisk może być potem narzędziem opresji władz, które upozorują wyrządzenie przestępstwa, bo co za problem taki odcisk potem odbić na miejscu zdarzenia? To ma wejść w styczniu 2022 roku najdalej a Panoptykon milczy od lat. Zapytam wprost, ile trzeba Panoptykonowi zapłacić, aby powstał artykuł o konkretnym zagadnieniu? Czy raczej trzeba zapłacić aby nie powstał?

Szczepionkę na koronawirusy opracowują już 20 lat, bez skutku. Jeżeli powstanie to tylko coś co będzie trzeba podawać co pół do jednego roku, oczywiście wolne od powikłań nie będzie. W przypadku tej choroby chodzi prawdopodobnie o oznaczenie ludzi tagami i o nic więcej.

Koronawirus mutuje, będzie dalej mutował i są już dane w modelu zwierzęcym, że błona śluzowa nie będzie nigdy posiadać takiej ilości przeciwciał, aby wirus się nie mógł rozmnożyć. Infekcja skończy się i tak łagodnie (przy braku spadku odporności) lub ciężko po spadku odporności z różnych przyczyn lub też pełnoobjawową infekcją, gdy pojawi się kolejny szczep.

Wirus wciąż może mutować w nietoperzach, łuskowcach, cywetach, pałpach (różnych), a ostatnio podano że nawet koty się tym zarażają. Chorują też lwy i tygrysy poza kotami domowymi, cywetami itp.

Zapowiadanie obowiązkowych lub wręcz przymusowych szczepień, jest tutaj dużą nieodpowiedzialnością lub ma całkowicie inne cele, związane z działalnością już wspomnianego Billa Gatesa. Warto prześledzić jakie inne projekty finansuje jego "fundacja".

O ProteGO-Safe możecie znów napisać artykuł... Protokół komunikacyjny, który stosowany jest przez Google i Apple jest tajny, kod nie jest jawny.

https://github.com/ProteGO-Safe/specs/issues/191

Jest więc jeszcze gorzej, bo protokół OpenTrace (dostępny w wersji 3 Protego) wystarczyło tylko poprawić, aby klucze były generowane lokalnie i aby nie była wysyłana nazwa telefonu + wprowadzić kilka poprawek dotyczących samego działania a nie prywatności (te 2 rzeczy najbardziej wpływały na prywatność).

Teraz będziemy mieć aplikację ProteGO-Safe 4, który z "safe" ma jeszcze mniej wspólnego, bo nie można nawet zajrzeć co jest wysyłane i jak system reaguje i czy wyłączenie Exposure Notification na prawdę wyłącza odbieranie tych informacji i przekazywanie ioch tylnymi furtkami do Google.

https://github.com/ProteGO-Safe/specs/issues/191

Dodatkowo użytkownicy proszą o udostępnienie treści umowy NDA z Google i Apple - czekają już miesiąc na wykonanie skanu i jego opublikowanie.

https://github.com/ProteGO-Safe/specs/issues/145.

ProteGO to narzędzie do inwigilacji a nie do śledzenia wirusa, opcjonalnie do jednego i drugiego jednocześnie.

@Joanna Kulesza dziękujemy za zwrócenie uwagi na ten problem i podesłanie raportu. Reagowanie na tego typu treści jest przedmiotem dyskusji w zespole. Niestety ograniczone zasoby uniemożliwiają nam reagowanie na nie w sposób systemowy, usuwanie z kolei według naszej wiedzy raczej nasila problem niż go rozwiązuje. Póki co więc staramy się trzymać regulaminu strony i usuwać tylko te treści, które go łamią (punkt piąty: https://panoptykon.org/regulamin-strony).

Joanno, jaką dezinformacją?! Sprawdź sobie źródła, to nie jest dezinformacja. Te placówki naukowe owszem, mają taką technologię i Panoptykon nie powinien tego ignorować. Jak nie wierzysz, sprawdź strony oficjalne tych uniwersytetów - MIT to nie jest jakiś uniwersytet koziej wólki, tylko czołowa placówka naukowa.

Dodaj komentarz