Nadzór w sieci

Internet jest jak galaktyka: nikt jej nie kontroluje, nikt nią nie zarządza, nikt w pełni nie ogarnia. Wolna i anarchistyczna. W zdecentralizowanej sieci każdy z każdym może się komunikować w sposób nieskrępowany, bez nadzoru. Tak przyzwyczailiśmy się myśleć, ale to niebezpieczne złudzenie. Internet został stworzony w celach militarnych, bez miejsca na anonimowość. Każdy ruch w sieci zostawia cyfrowy ślad, który można odczytać i wykorzystać. Internet to nowe wcielenie Panoptykonu: przestrzeń, w której nie zawsze wiemy, kto i w jakim celu nas obserwuje, jednak możemy być pewni, że ma to miejsce.

Galaktyka Internetu to także pole walki o władzę: nad informacją o milionach osób, która w warunkach społeczeństwa informacyjnego staje się najcenniejszym towarem. Potencjał sieci WWW pierwsi dostrzegli naukowcy, jednak bardzo szybko do gry wkroczyły rządy i ponadnarodowe korporacje. Do tej pory niekwestionowaną przewagę na tym polu miały Stany Zjednoczone, ale coraz głośniej swojego udziału w zarządzaniu globalną siecią domagają się nowe potęgi ekonomiczne: Chiny, Rosja czy Brazylia, wykorzystując do tego struktury ONZ.

Gigabajty danych przepływających przez serwery tych samych firm stwarzają bezprecedensowe możliwości śledzenia i profilowania naszych zachowań.

Internet powstał jako sieć równorzędnych połączeń między tzw. urządzeniami końcowymi (wszystko, co da się podłączyć do sieci) – bez głównych węzłów i centralnych baz danych. Na poziomie technologii nic się nie zmieniło, ale z czasem wykształciła się diametralnie inna architektura informacji. Do gry weszli pośrednicy – firmy oferujące takie usługi, jak poczta elektroniczna, portale społecznościowe czy wyszukiwarki – przejmując, niejako na nasze życzenie, kontrolę nad informacją. Gigabajty danych przepływających przez serwery tych samych firm stwarzają bezprecedensowe możliwości śledzenia i profilowania naszych zachowań. Z tego samego względu pośrednicy internetowi stali się cennym źródłem informacji dla rządów – nie tylko tych demokratycznych i nie zawsze posługujących się nakazem sądowym.

Śledzenie klientów bez ich zgody i wiedzy; tworzenie szczegółowych profili, na podstawie których dobierany jest przekaz reklamowy; udostępnianie danych organom ścigania i innym podmiotom, np. organizacjom zbiorowego zarządzania prawami autorskimi; blokowanie i filtrowanie treści arbitralnie uznanych za nielegalne – to tylko przykłady praktyk, z jakimi muszą się mierzyć obywatele-użytkownicy sieci. A przecież kto ma informację o nas, ten ma władzę. Władzę oddziaływania na nasze umysły, manipulowania, kreowania potrzeb, ale także zapukania o świcie i zaaresztowania (jeśli nie człowieka, to jego komputera).

Profilowanie użytkowników, które stało się solą biznesu internetowego, ma ogromny potencjał dyskryminacyjny. Coraz częściej okazuje się, że konkretna usługa – nie tylko ubezpieczenie, ale nawet książka w sklepie internetowym – ma cenę i dostępność uzależnioną od profilu klienta. Druga strona tego samego zjawiska to profilowanie informacji pod kątem tego, kto o nie pyta. Dla naszej wygody wyszukiwarki odpowiednio filtrują wyniki tak, żeby każdy dostał to, czego najprawdopodobniej szuka, a nie tysiące innych wyników, które są skojarzone z tym samym słowem-kluczem. Jedni na hasło „Egipt“ dostają oferty wakacji, inni – zdjęcia protestujących na placu Tahrir. W ten sposób kształtowany jest nasz obraz świata, ponieważ coraz rzadziej mamy czas „schodzić niżej”, drążyć listę wyników wyszukiwania.

Internet odpowiedział konkretną ofertą na postmodernistyczny kryzys wartości i więzi. Szybko okazało się, że w sieci można „być razem”, przynależeć do „wspólnoty” łatwiej i mniejszym kosztem niż w tzw. realu. Z czasem zatarła się granica między jednym i drugim: Internet stał się po prostu kolejną warstwą życia społecznego. W wymiarze społecznym sieć zyskała jednak jeszcze silniejszy potencjał dyscyplinujący. Ludzie nie tylko chcą, ale muszą być widzialni – pod groźbą wykluczenia z cyfrowego społeczeństwa, pod groźbą „wypadnięcia z rynku”, bo tę właśnie funkcję coraz częściej spełniają portale społecznościowe.

Internet, jak soczewka, skupia różne techniki i filozofie nadzoru, stanowiąc prawdopodobnie najważniejsze pole walki o wolność współczesnego człowieka.

Człowiek funkcjonujący w cyberprzestrzeni mierzy się z nowymi dylematami: czy korzystać z wolnościowego potencjału, jaki daje infrastruktura sieci, czy powierzyć się opiece (i kontroli) pośredników; czy korzystać z usług anonimowo, czy przyjmować te „szyte na miarę“; czy płacić za nie pieniędzmi, czy własnymi danymi. Internet, jak soczewka, skupia różne techniki i filozofie nadzoru, stanowiąc prawdopodobnie najważniejsze pole walki o wolność współczesnego człowieka.

Nie możemy tego pola oddać. Dlatego w Fundacji Panoptykon edukujemy i uświadamiamy, pokazując na równi szanse i zagrożenia; monitorujemy co w sferze regulacji Internetu planują rządy i organizacje międzynarodowe; prowadzimy kampanie i interweniujemy, kiedy prawa i wolności obywateli-użytkowników są zagrożone. Walka o wolny i otwarty Internet rozgrywa się na licznych frontach: ACTA, blokowanie i filtrowanie treści, neutralność sieci, zasady odpowiedzialności pośredników za treść, model zarządzania Internetem. Pierwsze wielkie bitwy już za nami, ale nowy podział stref wpływów jeszcze się nie dokonał.

Polecamy:

INNE TEMATY PANOPTYKONU