Minister ponad podziałami

Artykuł

Minister Sprawiedliwości – „w ramach sprawowanego przez siebie nadzoru zewnętrznego nad sądami” – może zbierać (i wykorzystywać!) informacje zawierające dane osobowe przetwarzane przez sądy. Chodzi m.in. o protokoły ze spraw rozwodowych czy zeznania świadków. Dostęp do takich i innych informacji zapewnili ministrowi posłowie, „dorzucając” je do skierowanej już do podpisu prezydenta nowelizacji ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych. Jak w soczewce widać tutaj kilka problemów. Chodzi nie tylko o zignorowanie konieczności ochrony danych osobowych – co jest szczególnie istotne wobec intensywnej informatyzacji sądów. Przebieg prac legislacyjnych nad projektem pokazuje również, jak łatwo ministerstwo „ograło” Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych i jak daleko od monteskiuszowskiego trójpodziału władz jest nasza praktyka polityczna.

Wczorajsza „Rzeczpospolita” nazwała nowe uprawnienia Ministra Sprawiedliwości „hakownią”. Nie trudno oprzeć się wrażeniu, że coś w tym jest, skoro dotychczasowe doświadczenia wskazują, że dzięki nim Ministerstwo Sprawiedliwości mogłoby w większym stopniu wpływać na kształt postępowania sądowego. Wystarczy przypomnieć prowokację z udziałem Prezesa Gdańskiego Sądu Okręgowego w sprawie Amber Gold czy argumentację stojącą za rozdzieleniem Ministerstwa Sprawiedliwości i Prokuratury. Nieograniczony dostęp do informacji rodzi bowiem pokusy. Co więcej, sprawę ułatwi dodatkowo dynamiczna informatyzacja wymiaru sprawiedliwości – dzięki niej sięgnięcie przez ministra po akta sprawy coraz częściej może sprowadzać się do skorzystania z odpowiedniego programu, bez kłopotliwego żądania przysłania kopii dokumentów.

Oficjalnie chodzi o to, by ułatwić ministerstwu prowadzenie efektywnego nadzoru nad sądownictwem, w szczególności – przeciwdziałanie przedłużającym się postępowaniom. Minister Grabarczyk nie uzasadnił jednak, dlaczego w imię walki z przewlekłością urzędnicy jego ministerstwa mają mieć w zasadzie nieograniczony dostęp do informacji z postępowań. Inaczej potrzebę wzmocnienia uprawnień resortu uzasadniała wczoraj rzeczniczka rządu Małgorzata Kidawa-Błońska: „Są sytuacje, kiedy nawet społeczeństwo wymaga, żeby minister sprawiedliwości w konkretnych sprawach miał trochę szerszą wiedzę (…). To jest po to, żebyśmy czuli się bezpiecznie, a nie po to, żeby inwigilować”. Niestety, nie wiadomo, o czyje bezpieczeństwo chodzi.

Jak informuje Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych, projekt skierowany do Sejmu – jeszcze bez kontrowersyjnego przepisu – był kompromisem wypracowanym w ramach intensywnych konsultacji ministra z organem ochrony danych. W swoim oficjalnym wystąpieniu do Senatu GIODO podkreśla, że kontrowersyjny przepis wprowadzili posłowie podkomisji „z własnej inicjatywy i bez konsultacji” (oczywiście, chodzi o konsultację z GIODO). Jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że przyjęcie takich przepisów nie mogło obyć się bez inicjatywy Ministerstwa Sprawiedliwości.

To przypuszczenie potwierdza fakt, że resort broni kontrowersyjnych przepisów. Wszystko wskazuje na to, że istniała wola polityczna, by zapewnić sobie szerokie uprawnienia. Żeby jednak nie przechodzić trudnej drogi uzgodnień z GIODO, „dorzucono” je na etapie parlamentarnym. Posłowie byli w tej konfiguracji jedynie narzędziem w rękach rządu. Władza wykonawcza steruje zatem parlamentem (władzą ustawodawczą) po to, by głęboko wnikać w uprawnienia władzy sądowniczej. Monteskiusz, którego klasyczna koncepcja trójpodziału władzy została zawarta w art. 10 naszej konstytucji, prawdopodobnie przewraca się w grobie.

Wojciech Klicki

Komentarze

Wiadomo kto chce się czuć bezpieczniej. No i nie o bezpieczeństwo w tym chodzi, a o kontrole społeczeństwa a;e póki co nic takie nie przejdzie , bo na nieszczęści rządu ludzie mają jeszcze coś do gadania

Dodaj komentarz