Ustawa o wolności słowa? Raczej ustawa inwigilacyjna 2.0!

Artykuł

Zamiast obiecywanej wolności słowa w Internecie ogłoszony z hukiem projekt ustawy ministra Ziobry wprowadza inwigilację i cenzurę. Zamiast ograniczać władzę platform internetowych i umożliwiać Polkom i Polakom swobodne wyrażanie poglądów w sieci – przyznaje nowe możliwości służbom, które będą mogły na masową skalę sprawdzać, co robimy on-line, i proponuje ochronę tylko wybranych poglądów oraz grup, które dziś czują się dyskryminowane na Facebooku lub YouTubie. Wyjaśniamy, co znalazło się w projekcie i dlaczego nazywamy go ustawą inwigilacyjną 2.0.

1. Ustawa inwigilacyjna 2.0

Ustawa inwigilacyjna 1.0 z 2016 r. wprowadziła możliwość tworzenia stałych łączy między służbami a np. dostawcami Internetu czy właścicielami stron internetowych. Projekt ustawy inwigilacyjnej 2.0 (ups!, ustawy „o ochronie wolności słowa w internetowych serwisach społecznościowych”) kończy to, co zaczęła jego poprzedniczka niemal równe 5 lat temu – wprowadza obowiązek retencji danych. Firmy świadczące usługi drogą elektroniczną będą zobowiązane do przechowywania danych internetowych przez 12 miesięcy. A dzięki stałym łączom policja i 8 innych służb będzie mogło bez przeszkód po nie sięgać.

Do tej pory firmy telekomunikacyjne miały obowiązek przechowywania przez rok danych telekomunikacyjnych (czyli informacji o tym, kto do kogo dzwoni, jak długo i jak często, z którą stacją BTS się łączy, w jakiej lokalizacji przebywa). Jeśli chodzi o dane internetowe – firmy przechowywały je tylko tak długo, jak same potrzebowały do świadczenia usługi. Efektem była niska liczba zapytań o te drugie: w 2019 r. policja i służby sięgnęły po dane internetowe 19 526 razy, co w porównaniu do ok. 1,35 miliona zapytań o obowiązkowo przechowywane przez rok dane telekomunikacyjne jest niewielką liczbą.

Wejście w życie ustawy inwigilacyjnej 2.0 na pewno spowoduje skokowy wzrost w tym obszarze, bo nic nie stanie na przeszkodzie, żeby po te dane sięgać. Nie stanowi przeszkody kontrola nad działaniami służb – bo takowej nie ma (trudno nazwać „kontrolą” fakt, że służby co pół roku wysyłają sądom tabelkę, w której wskazują, ile razy pobrały dane). Czy przeszkodą jest prawo unijne? Gdyby polski rząd traktował je poważnie, to mogłoby być: obowiązek retencji danych internetowych jest z nim niezgodny (stwierdził to Trybunał Sprawiedliwości UE w wyroku z 6 października 2020 r.).

Wolność… do wyrażania wybranych poglądów przez wybrane grupy

Problem nieprzejrzystej i arbitralnej moderacji treści na platformach internetowych nie jest nowy. Panoptykon też z nim walczy (m.in. w sądzie, w sprawie SIN vs Facebook, a także angażując się w przygotowywane przez Unię Europejską przepisy DSA i DMA). Minister Ziobro również chce „chronić konstytucyjne prawo do wolności słowa” przed „nadużyciami wielkich korporacji internetowych”, ale niestety: tylko w stosunku do wybranych poglądów i niektórych grup, które dziś czują się dyskryminowane na Facebooku lub YouTubie.

Nad słusznością decyzji moderacyjnych serwisów społecznościowych miałaby czuwać „Rada Wolności Słowa”. Problem w tym, że sposób wyboru jej członków (bez konieczności uzyskania ponadpartyjnego konsensusu) i niezbyt wyśrubowane warunki, które muszą spełniać, nie gwarantują ani niezależności, ani eksperckości tego organu. W praktyce realny jest scenariusz, w którym w Radzie będą zasiadać np. członkowie partii rządzącej (wykluczeni są jedynie posłowie, senatorowie i osoby pełniące różne funkcje na poziomie samorządów). Jeśli dodamy do tego dość swobodne kryteria, którymi Rada miałaby się kierować w ocenie, jakie treści są dopuszczalne, a jakie mogły być zablokowane (będzie mogła odmówić przywrócenia treści, jeśli uzna, że stanowią „dezinformację” czy „naruszają dobre obyczaje”), rodzą się uzasadnione obawy, że poziom ochrony niekoniecznie będzie dla wszystkich równy. W obecnej rzeczywistości politycznej trudno ufać, że taka Rada stanie w obronie np. narażonych na bany mniejszości seksualnych.

Co prawda, Ministerstwo proponuje możliwość odwołania się od decyzji Rady do sądu. Chodzi tu jednak o sąd administracyjny, który nie wydaje się najlepszym forum do rozstrzygania sporów z zakresu wolności słowa (sądy administracyjne nie zajmują się takimi sprawami, więc nie znają się na standardach swobody wypowiedzi, które są w takich sporach kluczowe). Poza tym dla postępowań sądowych nie przewidziano już żadnej szybkiej ścieżki, więc w praktyce efektywność takiego nadzoru sądowego może być ograniczona.

Na pocieszenie: walka z shadow banami

Przy tych wszystkich mankamentach projekt wydaje się nie do uratowania. Żeby jednak uniknąć oskarżenia o to, że widzimy jedynie problemy, możemy wskazać jeden wart uwagi – w każdym razie jeśli chodzi o regulację portali społecznościowych – element w propozycji Ministerstwa: mianowicie mechanizm odwoławczy od decyzji moderacyjnych portali społecznościowych obejmujący wszelkie działania tych serwisów, które wpływają na ograniczenie dostępności danej treści czy konta (a zatem nie tylko zwykłe bany, ale także np. zmniejszenie widoczności, czyli tzw. shadow bany). Tego rodzaju ograniczenia tylko wydają się mniej inwazyjne. W praktyce mogą być nawet bardziej dotkliwe, bo narzucane są w nieprzejrzysty i trudny do udowodnienia sposób – osoba publikująca może nawet nie zdawać sobie sprawy, że padła ofiarą shadow bana. Jeśli kiedyś doczekamy się jakościowej regulacji zarządzania treścią na platformach internetowych, warto, żeby uwzględniała ona także takie formy ograniczania możliwości wypowiedzi.

***

Podobno w komunikacji najważniejsze są nagłówki. Tworzenie prawa powinno rządzić się jednak nieco innymi zasadami. Poza chwytliwymi nazwami i wzniosłymi hasłami ważne są artykuły i paragrafy. Niestety w propozycji ministra sprawiedliwości zabrakło spójności między jednym a drugim – a pod wzniosłymi hasłami o ochronie wolności kryje się de facto zamach na nią. Pozostaje zatem mieć nadzieję, że osoby tworzące dziś w Polsce prawo nie ograniczają się do czytania jedynie nagłówków.

Dorota Głowacka, Wojciech Klicki, Anna Obem

Komentarze

A czego innego można się było spodziewać po tym rządzie? Tylko wypatrywać powstania Ministerstwa Prawdy i Ministerstwa Miłości...

W jaki sposób wyobrażacie sobie analizę zasadności sporów i ew dochodzenie roszczeń przed sądami bez dowodów w postaci metadanych (danych eksploatacyjnych)? Wymóg retencji danych jest niezbędny. Można dyskutować nad długością czasu przechowywania ale sam fakt negowania tego wymogu i wyraźnie pejoratywne uwagi pod adresem rządu sugerują zwycięstwo ideologii nad merytoryką w Waszych umysłach.
Wolność nie polega na robieniu i pisaniu tego co się chce. Jej ograniczeniem jest wolność innych.

Lepszą nazwą jest:
Nie Rada Wolności Słowa ale "Ministerstwo Prawdy"
oraz nazwa ustawy: "Ustawa Orwellowska 1984"

@Wiesław

Po pierwsze, szkodliwe, podane na nadużycia i zbędne jest gromadzenie przez operatorów wszystkich danych lokalizacyjnych i billingowych wszystkich abonentów. Raz na zawsze trzeba z tym skończyć.
Operator winien zacząć zbierać takie dane w chwili, gdy policja albo prokuratura składa o to wniosek, a udostępnić je tym organom pownien dopiero wówczas, gdy sąd uzna ten wniosek za uzasadniony. Jeżeli nie, to operator winien zebrane dane niezwłocznie zniszczyć.
Osoba, które dane dotyczą, powinna być - na przykład 2 lata po zakończeniu postępowania - pisemnie poinformowana przez operatora, że w dniach od-do, za zgodą sądu, gromadzone były takie a takie dane na takiej a takiej podstawie prawnej, z informacją o możliwości złożenia zażalenia do sądu II instancji. Dwuletni okres oczekiwania sąd mógłby wydłużyć do max. 10 lat w sytuacjach, gdy wymaga tego bezpieczeństwo państwa (sprawy kontrwywiadowcze).

Po drugie: dane abonenckie (kto jest właścicielem numeru) powinny być uzyskiwane przez policję i inne służby na podstawie postanowienia prokuratorskiego; policja nie może grzebać w nich w czasie rzeczywistym jak to się dzieje obecnie.

Takie przepisy raz na zawsze zakończyłyby iście bolszewicką wszechwładzę policji, ABW, CBA i innych służb nad polskim narodem i w ogóle wszystkimi mieszkańcami Polski.

@Wiesław, rozumiem, że chodzi o możliwość ustalenia tożsamości osoby, którą ktoś chciałby pozwać. Niestety, projekt zakłada przechowywanie wszystkich danych (nie tylko identyfikacyjnych) wszystkich internautów.

Ale co najważniejsze, nie zgadzamy się na tworzenie kolejnych wielkich zbiorów danych o naszej aktywności uzasadnionej tylko potrzebą dochodzenia roszczeń cywilnych. Sama instytucja pozwu ślepego, z umożliwieniem sądowi wysłania natychmiastowego żądania "zamrożenia danych" do firmy i tak znacząco poprawia sytuację względem aktualnej.

@Ireneusz,
1) art 41 zmieniający ustawę o świadczeniu usług elektronicznych precyzuje jakie dane usługodawca może przetwarzać. Tam nie ma danych lokalizacyjnych choć przyznaję powinien być precyzyjniejszy.
2) Zbieranie danych przez operatorów dopiero wtedy gdy jakiś organ o to wniesie nie zabezpiecza przed dezinformacją i nie chroni dóbr osobistych. Konto można założyć jednorazowo, pozostawić kłamliwy, szkalujący kogoś wpis i dalej nie korzystać z konta. I tak powtarzać w kółko.
3) Jestem za przejrzystością działań organów państwa więc popieram postulat informowania ludzi o działaniach monitorujących ich aktywność. Szczegóły do dyskusji ale generalnie TAK!
4) Mam wrażenie, że terminologia jakiej użyłeś w swoim wpisie trochę wskazuje na pisanie bardziej o usługach telefonicznych niż aktywności w sieciach społecznościowych (a o tym jest ta ustawa).
5) Bolszewicka wszechwładza policji i innych organów wynika z kilkudziesięciu lat życia w systemie komunistycznym. Ci, którzy przywieźli "wyzwolenie" na czołgach, mieli dzieci, które pracowały w UB, SB, PZPR, ZSL, ZOMO, ORMO. Potem zakładali biznesy i partie, które miały ich chronić. Do tego opanowano media, które robiły ludziom wodę z mózgu. Tego nie da się przezwyciężyć od razu. Miną dziesięciolecia zanim to minie, jeśli w ogóle da się to przezwyciężyć.

Robieniu ludziom wody z mózgu sprzyja dezinformacja a ta ustawa w pewnym zakresie przeciwdziała wykorzystywaniu mediów do publikowania kłamliwych informacji. Dlaczego? Bo tworzy mechanizmy obrony przed kłamstwem, pomówieniami, pozbawionym podstaw blokowaniem kont. Nie jest idealna ale jest to ruch we właściwym kierunku. Co do retencji uważam, że 1 rok to zdecydowanie za długo. Moim zdaniem powinniśmy poruszać się między 2-4 tygodniami, max. Wszak nikt nie czeka rok czasu na to by powiedzieć "oszkalowano mnie", "ktoś się podszył pod moje imię i nazwisko".

@WojciechKlicki
Dobrze, że wspomnieliście o pozwie ślepym ("John Doe lawsuit") i nawet wspomnieliście o tym pozytywnie. Szkoda, że dopiero w komentarzu a nie w tekście głównym.
Sąd niczego nie "zamraża" tylko oczekuje nadesłania zgormadzonych danych
. Cytat: Art. 50543 § 1. Sąd występuje do usługodawcy o nadesłanie danych, o których mowa
w art. 50541 § 1 pkt 1.
A poza tym o jakim "zamrożeniu danych" piszecie skoro, zgodnie z Waszymi oczekiwaniami, żadnym danych nie powinno być. To jest nielogiczne.

Opublikowaliście artykuł, który nie jest merytoryczny i poza, niestety, pustą krytyką niczego nie wnosi poza sugerowaniem afery na cały świat i że wolność jest ograniczana w Polsce. To nie jest dziennikarstwo ani wkład w naprawę czegokolwiek.

> że wolność jest ograniczana w Polsce

Bo jest.

Nie trzeba analizować obecnego pomysłu Ziobry. Wystarczy przyjrzeć się uchwalonym przez PiS ustawom "antyterrorystycznej" i zmianom w Ustawie o Policji. Tam są przepisy, które są bolszewickie właśnie i przeciwko nim trzeba wrzeszczeć.

Polskie zasady inwigilacji w Trybunale w Strasburgu. RPO chce złożyć opinię w tej sprawie
Data:
2020-03-05
Europejski Trybunał Praw Człowieka bada zasady inwigilacji prowadzonej przez służby specjalne w Polsce

"Europejski Trybunał Praw Człowieka bada zasady inwigilacji prowadzonej przez służby specjalne w Polsce".......no chyba dlatego by polskie służby wiedziały mniej o Polakach niż "koledzy" CIA.

Dodaj komentarz