Joe McNamee o tym, jak i dlaczego prywatne firmy przejmują rolę "szeryfów" Internetu

Artykuł

Działania sektora prywatnego polegające na próbach atakowania WikiLeaks i utrudnianiu jego funkcjonowania w Internecie wywołały powszechne zainteresowanie. Paypal, Visa i Mastercard ograniczyły mu możliwość gromadzenia funduszy podczas gdy EveryDNS, największy na świecie dostawca usług DNS, wyłączył ich domenę (wikileaks.org). W takiej sytuacji rodzą się pytania. Od kiedy to rządy prawa zostały zastąpione natychmiastowym wydawaniem wyroków i wymierzaniem kar przez prywatne firmy? Jak to się stało, że te prywatne firmy mogą ukarać stronę internetową, która nigdy nie została uznana winną przestępstwa? Dlaczego firmy miałyby tak postępować?

Prawda jest taka, że przez lata zachodnie (przede wszystkim) rządy potajemnie starały się przez nagradzanie albo wymuszanie wpływać na firmy internetowe aby stosowały różne rodzaje cenzury. Pod niegroźnie brzmiącym hasłem „samoregulacji” oraz żądaniami, aby dostawcy  Internetu ponosili większą odpowiedzialność za nielegalne korzystanie z sieci przez użytkowników budowany jest wszechstronny system nadzoru. Celem owej struktury jest delegowanie quasi-prawnej odpowiedzialności na firmy prywatne.

Firmy te nie są związane tak wieloma wymogami jak sądy (m.in. wymogami przejrzystości, przewidywalności, właściwej procedury prawnej) więc nakładają kary na strony oskarżone o nielegalną działalność internetową rozstrzygając sprawy jedynie w trybie doraźnym. Takie działania powoli i niepostrzeżenie podkopują rządy prawa i mogą obejmować blokowanie operacji finansowych przez dostawców usług płatniczych, usuwanie podejrzanych stron internetowych oraz filtrowanie przesyłanych danych przez dostawców Internetu. Chociaż zachodnie rządy są zmuszone przestrzegać konstytucji swego kraju, to fakt, że prywatne firmy mogą pozasądownie blokować niewygodne informacje w Internecie znacznie upraszcza rządzącym życie.

Jeszcze zanim WikiLeaks stało się powszechnie znane, Komisja Europejska przedstawiła propozycje, w których proponuje szereg zmian umożliwiających europejskim firmom hostingowym pozasądowe usuwanie stron internetowych bez sądowego pełnomocnictwa (Komisja jest tak pomocna, że zasugerowała tym firmom aby dały sobie do tego prawo przez umieszczenie odpowiedniego zapisu w warunkach korzystania ze swoich usług). Proponuje też aby internetowe portale handlowe usuwały użytkowników posądzanych o handel podrobionymi artykułami, aby dostawcy Internetu filtrowali ruchu w sieciach P2P i usuwali wszystko, co mogłoby łamać prawa autorskie oraz aby komórkowe firmy telekomunikacyjne blokowały te treści przesyłane przez ich sieci, które przypuszcza się, że są nielegalne.

Taka tendencja nie dotyczy jedynie Europy. Unia Europejska negocjowała międzynarodowe porozumienie dotyczące walki z naruszeniami własności intelektualnej (ACTA). Dokument ten zaleca pozasądową „współpracę” pomiędzy dostawcami Internetu a właścicielami praw autorskich w celu nadzorowania i karania domniemanych naruszeń prawa własności. Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) uruchomiła duży projekt dotyczący roli internetowych mediatorów w „osiąganiu celów polityki sektora publicznego”. Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE, ang. OSCE) aktywnie popiera pozasądowe usuwanie wszystkich stron zawierających materiały rasistowskie. Podobnych spraw jest znacznie więcej.

Niestety, trend zmierzający do delegowania prawnej regulacji Internetu do firm „z zewnątrz” ma miejsce dokładnie w okresie, gdy spółki internetowe są coraz bardziej otwarte na takie propozycje. Firmy takie jak Virgin czy Deutsche Telekom i jego filia T-Mobile prowadzą kampanię na rzecz prawa do ingerowania w ruch w Internecie dla własnych celów komercyjnych. Virgin ogłosił, że planuje wprowadzenie technologii pozwalającej podejrzeć każdy pakiet danych wysłany lub otrzymany przez swoich użytkowników. Ma to na celu monitorowanie potencjalnych przypadków łamania praw autorskich, które mogłyby osłabić pozycję firmy w branży muzycznej.

Deutsche Telekom nosi się też z zamiarem blokowania dostępu swoim użytkownikom do stron korzystających z łączy szerokopasmowych. Podobno dyrektor generalny Deutsche Telekom zażądał w tym roku aby Google płacił za używanie ich łączy do korzystania ze swoich usług. Obecnie opłaty za ruch na łączach można pobierać jedynie wtedy, jeśli stosuje się jakiś rodzaj monitoringu oraz gdy ma się możliwości blokowania dostępu użytkowników niedokonującym wpłat.

Coraz większa skłonność największych dostawców Internetu do ingerowania w celach biznesowych w przesyłane przez użytkowników dane stwarza zagrożenia dla idei takich jak konkurencja, innowacja oraz wolność słowa. Takie zagrożenie zwykle skłania rząd do interwencji dla ochrony dobra całego społeczeństwa. Zamiast tego można mówić o swego rodzaju milczącym porozumieniu (ewentualnie – cichym porozumieniu) polegającym na tym, że spółki internetowe stopniowo podejmują dodatkowe kroki w kierunku kontroli a w zamian pozwala się im bezkarnie likwidować otwartość która leży u podstaw wartości społeczeństwa demokratycznego.

Wszystkie te działania pozostawiają jedno pytanie bez odpowiedzi. Jeśli firmy internetowe poczują się zbytnio jak zastępcy szeryfa na Dzikim Zachodzie wymierzający sprawiedliwość wedle uznania i utracimy przez to otwartość Internetu, która tak dużo dała demokracji i ekonomii, to co na tym zyskamy?

Joe McNamee (EDRi)

Tłumaczenie: Bogusław Łempicki

Dodaj komentarz