Leder w Rozmowie Panoptykonu o zarządzaniu strachem i kontroli

Artykuł

Dlaczego zamach terrorystyczny wzbudza w nas większy lęk niż (o wiele bardziej prawdopodobny) wypadek drogowy? Jak to się stało, że w XXI w. strach stał się najpotężniejszym narzędziem walki politycznej? Czy możemy oswoić niepewną, zmieniającą się rzeczywistość i… przestać się bać? 7 grudnia 2016 r. w Barze Studio Katarzyna Szymielewicz rozmawiała z Andrzejem Lederem – filozofem kultury i psychoterapeutą – o zarządzaniu strachem. Co powiedzieli? Wybieramy nasze ulubione fragmenty.

Szymielewicz: W świecie polityki strach okazał się potężnym sojusznikiem tych, którzy dążą do umocnienia władzy w populistycznym lub autorytarnym stylu, nieznoszącym opozycji i sprzeciwu. Na nim budują wykluczającą logikę: „kto nie jest z nami, jest wrogiem społeczeństwa”. Strach to nieodzowne narzędzie współczesnej biopolityki. Opium dla wyborców, amfetamina dla mediów… A dla organizacji społecznych, które próbują kontrolować władzę i inspirować merytoryczną rozmowę o polityce publicznej – prawdziwy wróg. Dziś chcemy go lepiej zrozumieć, o ile da się zrozumieć coś tak irracjonalnego jak strach.

No właśnie, jak to jest z tą racjonalnością strachu? To, że w naszej kulturze boimy się śmierci, wydaje mi się naturalne: w końcu życie jest dla nas wartością. Nie chcemy z niego rezygnować. Cierpienie jest nieprzyjemne, dlatego zdrowy człowiek sam go nie szuka. A więc sama obawa przed tragicznym wydarzeniem, które prowadzi do śmierci lub cierpienia (np. przed zamachem terrorystycznym) wydaje się zrozumiała. Trudno jednak zracjonalizować skalę tego lęku. Przecież o wiele bardziej prawdopodobne niż to, że doświadczymy śmierci lub cierpienia w wyniku ataku terrorystycznego (ryzyko 1 : 20 mln), jest wystąpienie innego zdarzenia – wypadku samochodowego (ryzyko 1 : 100), katastrofy samolotu (ryzyko 1 : 20 000) czy nawet ataku rekina (1 : 11,5 mln). W 2015 r. na polskich drogach zginęły 2904 osoby. Jeśli chodzi o terroryzm, Polska nadal, na szczęście, jest zieloną wyspą… Co sprawia, że zagrożenie tak mało prawdopodobne, ale za to szczególnie spektakularne, zajmuje – w proporcji do innych – tak dużo miejsca w naszej zbiorowej wyobraźni?

Leder:

Szymielewicz: W odpowiedzi na zwiększone zagrożenie terrorystyczne – jak przedstawiają to politycy – czy konkretne, tragiczne wydarzenia – choć z perspektywy Polski zwykle dość odległe – pojawiają się konkretne wyłomy w naszej wolności. Takim wyłomem jest niewątpliwie przyjęta w Polsce ustawa antyterrorystyczna, która dopuszcza inwigilację bez kontroli sądu (w praktyce nie tylko wobec cudzoziemców, choć to oni stali się „głównym podejrzanym” na gruncie tej ustawy). Czy wcześniej przepisy przyjmowane na poziomie Unii Europejskiej: dyrektywa retencyjna (nakazująca prewencyjne gromadzenie, przechowywanie i udostępnianie służbom danych o naszych połączeniach telekomunikacyjnych) i dyrektywa PNR (przewidująca gromadzenie i wymianę danych z systemów rezerwacyjnych, które mają posłużyć profilowaniu wszystkich pasażerów linii lotniczych). To są namacalne zmiany, ograniczające nie prawa „terrorystów”, ale naszą wolność. Nie dając żadnej gwarancji, że będziemy żyli dłużej lub bezpieczniej, wywracają do góry nogami porządek wartości, na których wyrosła Unia Europejska.

Kiedy organizacje eksperckie, takie jak Panoptykon, w kontrze do takich propozycji wychodzą z racjonalnymi argumentami (np. że rozwiązanie wymierzone we wszystkich cudzoziemców lub we wszystkich obywateli jest nieproporcjonalne lub zwyczajnie nieskuteczne), zwykle słyszą tę samą, demagogiczną odpowiedź: wobec tak potężnego zagrożenia jak terroryzm, nie ma miejsca na hamletyzowanie i ważenie wartości; cokolwiek możemy zrobić, by osłabić wroga, jest naszym obowiązkiem. To nic innego jak moralny szantaż i manipulacja poczuciem zagrożenia, której chyba jednak ulegamy, prawda? Co sprawia, że ludzie ostatecznie akceptują zupełnie bezsensowne polityki tylko dlatego, że te niosą ze sobą obietnicę bezpieczeństwa, a politycy proponujący takie rozwiązania nadal wygrywają wybory?

Leder:

Szymielewicz: Z naszej rozmowy wyłania się bardzo pesymistyczny obraz: coś na kształt błędnego koła negatywnych emocji i nierozwiązanych problemów. Reasumując: szukamy wroga – obiektu, który jest w stanie wzbudzić nasz strach, a tak naprawdę uzasadnić agresję, którą odczuwamy w związku z tym, że nasze życie staje się niepewne i nieznośne. Naszymi realnymi problemami na Zachodzie czy w Polsce są niskie płace, niedostateczne wsparcie socjalne państwa, niepewność zatrudnienia, wizja marnej emerytury czy samotność w wielkich miastach. Jednak tych problemów reprezentujący nas politycy nie potrafią rozwiązać. Dlatego tak chętnie przekierowują nasz strach i agresję na zewnętrznego lub wewnętrznego wroga. A w kolejnym kroku proponują rozwiązania, które nie rozwiązują ani realnych problemów społecznych, ani problemu terroryzmu, który – choć w wielu miejscach globu bardziej dotkliwy – w rozwiniętym świecie został instrumentalnie wykreowany na najbardziej palący, dotykający każdego człowieka. Efektem ubocznym takiej polityki jest postępująca erozja naszej wolności, a jej bezpośrednim skutkiem – eskalacja problemów, które tak naprawdę są odpowiedzialne za nasze pokłady lęku i agresji. Wydaje mi się, że to droga w przepaść, przepis na kolejną wojnę… Jak możemy się wyrwać z tego błędnego koła? Czy możemy sobie wyobrazić jakąś zbiorową kozetkę, która pomoże nam w inny sposób poradzić sobie z negatywnymi emocjami; przekierować je na inny tor niż wojna z terroryzmem? Innymi słowy: czy możemy przestać się bać lub przynajmniej przekierować strach na to, co nam realnie zagraża?

Leder:

Na zamykające dyskusję pytanie Małgorzaty Szumańskiej o to, skąd się bierze ludzka potrzeba kontroli i dlaczego tak często prowadzi do nieracjonalnych (czasem wręcz pozornych) działań, Andrzej Leder odpowiedział [transkrypcja wypowiedzi]:

Związek między agresywnymi uczuciami a tendencją do kontroli jest dość znany. W teorii społecznej dużo pisał o tym Michel Foucault; jeżeli nie chcę kogoś zaatakować w sposób zupełnie bezpośredni, to mogę dążyć do tego, żeby niechęć do niego – czy ogólnie do świata – wyrazić w formie kontrolującego stosunku. Foucaultowski panoptykon jest dobrym przykładem przekształcania tej dominującej energii na energię kontrolującą. W tym sensie wiele odruchów takich jak kontrola ma charakter agresywny: zastępują próbę zrozumienia tego, dlaczego świat nie jest taki, jaki chcielibyśmy, żeby był, i dlaczego nas tak bardzo frustruje. Zamiast wejść w jakiś rozumny sposób opisu czy dialogu z tym światem próbujemy uzyskać nad nim kontrolę.

Utrata poczucia zrozumienia świata wzmacnia potrzebę kontroli. Obraz zastępuje nam myślenie, co jest bardzo typowe dla kultury współczesnej. Kultura, która jeszcze w połowie XX w. była kulturą dyskursywną, nastawioną na tworzenie powieści racjonalizujących świat – czasem lepiej, a czasem gorzej, ale zawsze z taką intencją – zamienia się w kulturę obrazowania tego świata w sposób bardzo wycinkowy i zupełnie niezwiązany z myśleniem (tzn. myślenie odgrywa tu stosunkowo najmniejszą rolę). Holenderski myśliciel Ankersmit ma przekonanie, że jest to podobny proces do schyłku kultury antycznej i wchodzenia w kulturę średniowieczną. Prorokuje on, że wchodzimy w rodzaj nowego średniowiecza – nie w sensie technicznym, ale w odniesieniu do typu cywilizacji, w której będziemy funkcjonować. W tym wszystkim aspekt kontroli jest silnie obecny. Przy czym jest to w dużym stopniu kontrola pozorna. Tak naprawdę gramy z własnymi emocjami, nie zajmując się jakimkolwiek rzeczywistym problemem.

Transkrypcja fragmentu: Weronika Adamska

Pełne nagranie z rozmowy:

 

Komentarze

Kocham Panią! I pana też, ale troszkę mniej.
Czy jest jakiś powód, dla którego wywiad jest podzielony na tekst / video w taki sposób? Czy myśleliście państwo o zamieszczaniu rozmów w formie pełny film + transkrypt? Wydaje mi się, że mogłoby to być bardziej przystępne (chociaż pewnie się mylę).

Dodaj komentarz