Szymielewicz o Wikileaks, cenzurze i prawach człowieka

Artykuł

Afera Wikileaks skłania nie tylko do refleksji nad stylem uprawniania polityki i granicami zaangażowanego dziennikarstwa. Wymusza, i to dość dramatycznie, zastanowienie nad elastycznością systemu ochrony prawnej, która umożliwia niemal z dnia na dzień zmianę statusu z legalnego i cenionego źródła informacji na „wroga publicznego”. Odium wykluczenia unosi się ciężką chmurą nad serwisem i jego założycielem. Działania i rządów i prywatnych firm ewidentnie zmierzają do „wyeliminowania przeciwnika”, bez ważenia racji i przestrzegania procedur prawnych.

O tym, czy Wikileaks jest inicjatywą zbawienną czy szkodliwą – czy działa zgodnie z prawem czy je narusza – można i trzeba dyskutować. Jednak to nie dyskusja o aksjologii działań Wikileaks jest moim celem. Chcę zwrócić uwagę na „aspekt proceduralny” tej sprawy – na to jakich gwarancji prawnych i dlaczego odmawia się oskarżonym o łamanie tajemnic państwowych, zapominając o istnieniu tzw. praw podstawowych, bądź świadomie je ignorując.

Podsumujmy. W ciągu dwóch tygodni od ujawnienia pierwszych depesz dyplomatycznych, portal Wikileaks został wyrzucony z serwerów firmy Amazon w USA (podobno wystarczył jeden telefon od senatora). EveryDNS.net – amerykańska firma zarządzająca domenami – wypowiedziała umowę na nazwę Wikileaks.org. Wskutek tych działań strona została przeniesiona  na serwer w Szwajcarii, a dostęp do niej jest możliwy tylko przez domeny wykupione w innych krajach (np. www.wikileaks.pl). Przez cały czas serwery, na których wisi strona Wikileaks, są atakowane przez hakerów. Firma Pay Pall zablokowała możliwość wpłacania pieniędzy dla Wikileaks, a Visa i MasterCard ogłosiły, że zawieszają przelewy na rzecz portalu. Sam Assange z dnia na dzień stał się niebezpiecznym przestępcą, ściganym międzynarodowym listem gończym za domniemany gwałt, wreszcie został aresztowany przez brytyjską policję (do której sam się zgłosił), a jego konto bankowe zamrożone przez szwajcarski bank. Gdyby jeszcze mogły być wątpliwości co do „statusu” Wikileaks i jego szefa w oczach politycznego i biznesowego establishmentu, rozwiewa je wypowiedź Toma Flanagana – doradcy premiera Kanady – który na antenie CBC News żartował, że Assange’a trzeba po prostu zamordować. 

Taki dyskurs i takie działania są dopuszczalne jedynie wobec wykluczonych – czyli tych, których społeczna większość, z istotnych dla siebie powodów, zdecydowała się wyjąć spod ochrony prawa. Historia Wikileaks na pozór wygląda jak post scriptum dopisane do monumentalnego Homo Sacer Giorgio Agambena. Agamben na przykładzie globalnej wojny z terroryzmem pokazał, jak niezawodnie  we współczesnym świecie działa mechanizm prawnego wykluczenia. Pomimo spisania w licznych dokumentach uniwersalnych praw człowieka i niezbywalnych gwarancji wciąż dochodzi do odbierania godności i podstawowych praw tym, którzy zagrażają istniejącemu porządkowi. Drastycznym przykładem takiej praktyki był amerykański program „tajnych transferów”, czyli zinstytucjonalizowanych porwań i torturowania domniemanych terrorystów.  Mniej drastycznym jest to, co każdy z nas przechodzi przy próbie wejścia na pokład rejsowego samolotu.

Fenomen, jaki wykazał Agamben, polega na tym, że to niekoniecznie mniejszość (etniczna, religijna czy polityczna) jest wykluczana przez większość. Piętno obcego, terrorysty – wroga naruszającego porządek – może potencjalnie dotknąć każdego z nas. Na przestrzeni ostatnich 10 lat coraz bardziej zauważalna jest zmiana paradygmatu: od zasady domniemania niewinności, która do momentu prawomocnego skazania miała chronić nawet człowieka przyłapanego na gorącym uczynku, przechodzimy do założenia, że każdy „nosi bombę w plecaku”- a zatem wszystkich należy poddać jednakowej kontroli. Żeby z potencjalnie podejrzanego stać się rzeczywiście podejrzanym czasem wystarczy niewłaściwy profil, wygenerowany przez automatyczne systemy monitoringu wizyjnego czy wszechobecne bazy danych. W tym systemie do wymierzania kary dochodzi na długo przed wydaniem wyroku: osoba podejrzana jest piętnowana, inwigilowana, a czasem zamykana – dla wspólnego dobra i na wszelki wypadek. 

Przypadek Wikileaks i Assnage’a jest, na szczęście, nieco bardziej skomplikowany, niż tysięcy osób więzionych bezpodstawnie w Guantanamo. Pomimo ewidentnych prób odebrania im prawa do obrony swoich racji, i portal i jego szef zachowali słyszalny głos w debacie publicznej. Wikileaks ma nie tylko potężnych wrogów politycznych, ale też rosnące siły stające w jej obronie: organizacje broniące wolności słowa i prawa do rzetelnego procesu, niezależne media, wolontariuszy i fanów na całym świecie, wreszcie część środowisk hakerskich, które na cyber-ataki pod adresem portalu odpowiedziały tym samym, nie mniej skutecznie. W ramach akcji „Payback” hakerzy zablokowali strony wszystkich firm, które odmówiły świadczenia usług na rzecz Wikileaks. Na naszych oczach toczy się zatem walka pomiędzy „starym” i „nowym” porządkiem – politycznym establishmentem i buntowniczymi mediami, wspomaganymi przed oddolne siły społeczne. Na razie trudno przesądzić, czyja broń okaże się skuteczniejsza. W tym starciu nie chodzi jedynie o losy Wikileaks. Chodzi o to, czy obronimy system prawny przed „elastycznością”, która w skrajnej sytuacji pozwala na zwyczajną manipulację w interesie politycznym, a wolność słowa przed jej sprowadzeniem do przywilejów tradycyjnych mediów.

Nie rozstrzygając, czy portal i jego założyciel złamali prawo i powinni ponieść karę, trzeba bronić prawa tych, którzy są oskarżani, do wyłożenia swoich racji w normalnym procesie sądowym. Jest to ta sama dyskusja, którą toczyliśmy w odniesieniu do pomysłów na odcinanie internautów od sieci za naruszenia praw autorskich, a obecnie toczymy wokół tzw. procedury notice and take down, czyli usuwania z Internetu bezprawnych treści przez samych dostawców usług internetowych. W obydwu przypadkach źródłem kontrowersji jest to, że odmowa świadczenia usługi czy usunięcie treści następuje w drodze arbitralnej decyzji komercyjnego podmiotu, a nie w wyniku decyzji niezależnego sądu. 

W kontekście wydarzeń ostatnich dwóch tygodni dyskusja o cenzurze i wolności w Internecie nabiera nowego znaczenia. Czy wyrzucenie strony Wikileaks z serwera pod pretekstem bezpieczeństwa własnej infrastruktury lub naruszenia praw autorskich to już cenzura, czy jeszcze „biznes jak zwykle”? Nie twierdzę, że to co robi Amazon czy PayPall jest rzeczywiście zgodne z prawem. Niewykluczone, że sąd – o ile Assange będzie kiedykolwiek w stanie zabrać swoją sprawę do sądu – uzna inaczej i zasądzi mu odszkodowanie. Jednak w warunkach społeczeństwa informacyjnego bardziej niż „racja” liczy się zwykle czas i dostęp do sieci, czyli możliwość wysyłania i zdobywania informacji. W przypadku serwisu Wikileaks obserwujemy odmowę świadczenia usług ze strony wszystkich podmiotów, które do tej pory uważały się za związane umowami z portalem i pobierały za to konkretne pieniądze. Sam  Assange został nie tylko aresztowany, czyli odcięty od możliwości swobodnego komunikowania się ze światem, ale też arbitralnie pozbawiony dostępu do swojego konta bankowego, pomimo, że nic nikomu nie jest winien i bynajmniej nie za długi był ścigany.

Ta historia pokazuje, że coraz większe znaczenie dla poszanowania praw podstawowych we współczesnym świecie mają nie rządy, ale prywatne korporacje. W wykluczaniu Wikileaks z gry główną rolę odegrały firmy sprzedające domeny i zarządzające adresami IP, właściciele serwerów i grupa bankowa. Standardowa odpowiedź usługodawcy, że przecież klient może „pójść gdzie indziej” w Internecie ma ograniczone zastosowanie. Dostęp do Internetu, podobnie jak prawo do użytkowania konkretnej domeny, nie jest usługą taką, jak wynajem mieszkania. O wiele bardziej przypominają dostęp do wody. I tak jak w przypadku kontrowersji z prywatyzacją wody w Ameryce Łacińskiej, warto się zastanowić, czy Internet powinien być poddany w pełni komercyjnym regułom, włącznie z prawem do zaprzestania świadczenia usług z arbitralnych powodów. Czy zgadzamy się na to, żeby operator telekomunikacyjny mógł po prostu odmówić nam przyłączenia do Internetu, właściciel serwera – miejsca dla naszej strony, która wisiała tam przez ostatnie kilka lat, zarządzający domenami – nazwy, na której zbudowaliśmy swoją renomę, a portal społecznościowy – dalszego udostępniania profilu, dzięki któremu „istniejemy” w sieci?

Kazus Wikileaks może posłużyć jako argument na rzecz uznania prawa do Internetu za kolejne prawo człowieka, na równi z prawem do wolności wypowiedzi i dostępu do informacji. Takie pomysły pojawiały się już wielokrotnie – na kolejnych spotkaniach Free Culture Forum czy Internet Governance Forum, gdzie tworzone są międzynarodowe karty praw podstawowych w odniesieniu do Internetu. Trzeba te postulaty wziąć na poważnie, jeśli nie chcemy być w przyszłości świadkami podobnych walk jak ta, którą toczy Wikileaks. Jeśli jako społeczność międzynarodowa nie jesteśmy w stanie pójść tak daleko, to przynajmniej na polskim gruncie warto zadbać o lepsze prawo regulujące co mogą, a co muszą podmioty świadczące usługi w Internecie, włączając hosting i portale społecznościowe. Jest do tego doskonała okazja, bo rząd przygotowuje właśnie nowelizację kluczowej ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Już w styczniu zobaczymy, czy zmiany pójdą w kierunku wzmocnienia gwarancji praw użytkowników,  czy odwrotnie.

Katarzyna Szymielewicz

Tekst ukazał się w Kulturze Liberalnej

Dodaj komentarz