Wiceburmistrza prawo do prywatności: sąd stawia granice

Artykuł

Gdzie jest granica prawa do prywatności osoby publicznej? Kto złamał prawo: lokalny polityk wykorzystujący służbowy komputer do prywatnych rozmów, czy mieszkaniec, który je upublicznił? W głośnej sprawie z Lęborka sąd uznał, że ten ostatni jest winny ujawnienia prywatnej korespondencji.

Po tym jak w 2008 r. intymne szczegóły internetowych rozmów wiceburmistrza Lęborka (43-letniego) z mieszkanką tego miasta (30-letnią) zostały upublicznione przez jej ojca, w lokalnej społeczności zawrzało. Polityk stracił posadę, ale to ona przegrała proces cywilny: ujawnienie prywatnej korespondencji jest niezgodne z prawem.

Sprawy cywilne przegrali również: radny SLD, który publicznie snuł domysły, że polityk mógł przez internet molestować dzieci, oraz kilku dziennikarzy. Niedawno rozpoczęła się sprawa karna, w której oskarżonych jest siedmiu dziennikarzy i trzy inne osoby, które miały udostępnić im kompromitujące materiały.

Dla Gazety Wyborczej sprawę skomentował pełnomocnik byłego wiceburmistrza, dr Bogusław Kosmus: "Ochrona [prywatności] jest wyłączona, jeśli działania miały ścisły związek z pełnieniem funkcji publicznej. Ale nie wystarczy jakikolwiek związek, że przykładowo rozmowa była prowadzona w gabinecie urzędowym i ze służbowego komputera". Tłumaczy, że nie miało to wpływu na wykonywane przez burmistrza obowiązki lub podejmowane przez niego decyzje. "Jeśli dzwoni pan z pracy do kogoś z rodziny, to nikt nie ma prawa ujawnić treści rozmowy, ani nawet interesować się jej tematem. Zagłębianie się w tę sferę jest niedozwolone i wara wszystkim od tego, niezależnie od tego, czy jest to moralne albo czy ktoś to uzna za grzech", mówi dziennikarzowi adwokat.

Kariera niewinnego w świetle prawa urzędnika (choć być może nie najwierniejszego małżonka) legła w gruzach, ucierpiały też jego żona i córka. Zaś mieszkaniec Lęborka, który ujawnił treść rozmów, i jego córka czują się pokrzywdzeni. Na nieszczęście budżetu tej rodziny, historia nie potoczyła się jak w telewizyjnych opowieściach o skorumpowanych urzędnikach. Bohaterka skandalu otwarcie mówi dziennikarzowi GW: "Gdybym mogła cofnąć czas, to zrobiłabym to tak, żeby mieć z tego korzyści, a nie krzywdę".

Pozostaje smutna refleksja, jak niska jest świadomość granicy między tym, co prywatne, a tym, co publiczne. Jak daleko skłonni są posunąć się ludzie w imię prywatnej zemsty i w poszukiwaniu łatwego zarobku, nie licząc się ze szkodami, które wyrządzają innym wokół, a także sobie. I jak nieodpowiedzialnie użyte nowe technologie mogą zamienić się w miecz obosieczny.

Więcej na ten temat:

Gazeta Wyborcza: Nie możemy napisać, co robił burmistrz

Dodaj komentarz