Wolność odchodzi po cichu. 15 lat wojny z terroryzmem: wróg, czyli kto?*

Artykuł
Element dekoracyjny

Straciliśmy gwarancję, że w imię wspólnego bezpieczeństwa państwo nagle nie obróci się przeciwko nam.

Trudno sobie wyobrazić, że standardowa wizyta w bibliotece uniwersyteckiej może stać się pretekstem do inwazyjnego przesłuchania na okoliczność związków z Al-Kaidą i ISIS, a udział w pokojowym proteście – do zatrzymania i brutalnego potraktowania przez policję. Trudno przyjąć, że rutynowa podróż samolotem może się skończyć zatrzymaniem, przesłuchaniem i inwazyjną kontrolą osobistą, a w jeszcze gorszym scenariuszu – wieloletnią banicją poza krajem. Przecież takie rzeczy nie zdarzają się w "cywilizowanym świecie". Takie rzeczy z pewnością nie zdarzają się niewinnym ludziom.

A jednak życie w warunkach wojny wewnętrznej, z bliżej niezdefiniowanym wrogiem, nie jest przewidywalne ani bezpieczne. Od 15 lat chcąc nie chcąc bierzemy udział w takim konflikcie i nie jest powiedziane, czy w kolejnym epizodzie to nam nie przypadnie rola przypadkowej ofiary.

Kevin Gillan i dziennikarka Pennie Quinton zmierzali na pokojowy protest w Londynie, kiedy zostali zatrzymani i brutalnie potraktowani przez policję. Ich sprawa w 2010 r. doprowadziła do wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i zmiany brytyjskiego prawa. Podobnych przypadków w latach 2007-11 w Wielkiej Brytanii było wiele: według raportu Human Rights Watch, korzystając z procedur antyterrorystycznych, brytyjska policja zatrzymała i przeszukała bez uzasadnionego podejrzenia pół miliona ludzi, w tym dzieci. Zdecydowana większość należała do mniejszości etnicznych, a żadna z zatrzymanych osób nie została oskarżona o terroryzm.

Takiego zarzutu nie usłyszał również Mohammed Umar Farooq, student Uniwersytetu w Stradfordshire, którego przesłuchano w marcu 2015 r. na okoliczność związków z Al-Kaidą. Powodem był donos z biblioteki po tym, gdy wypożyczył podręcznik o podejrzanym tytule "Studia nad terroryzmem". Zaalarmowanym służbom najwyraźniej nie wystarczyła zbieżność tytułu książki z nazwą kierunku, na którym studiował. Mimo oficjalnych przeprosin Mohammed poczuł się dyskryminowany i zrezygnował ze studiów.

Ze studiów łatwiej zrezygnować niż z poruszania się po świecie i wchodzenia na pokład samolotu. Przed 11 września 2001 r. na amerykańskiej liście osób, które "stwarzają zagrożenie dla lotnictwa", było zaledwie 16 osób. W dwa miesiące po zamachach ta liczba wzrosła do 400, by w 2005 r. osiągnąć już trudny do opanowania poziom 70 tys. nazwisk. W tak dużym stogu siana łatwo o pomyłkę lub pospolite imię i nazwisko, które znacząco poszerza krąg podejrzanych. Z tego powodu wśród osób regularnie zatrzymywanych zaczęły się trafiać małe dzieci, np. dwuletni Michael Hicks, czy takie persony jak demokratyczny senator Ted Kennedy i Daniel Brown, żołnierz prestiżowej formacji marines wracający z Iraku.

Na federalną czarną listę trafiały również osoby nieprzypadkowe, choć nie ze względu na terroryzm. Szczególnego traktowania na lotniskach doświadczyło m.in. 53 amerykańskich aktywistów, którzy protestowali przeciwko karze śmierci i wojnie w Iraku, Jesselyn Radack, była radca ds. etyki w Departamencie Sprawiedliwości (po tym gdy zmieniła front i została sygnalistką), i Shah Rukh Khan – aktor z Bollywood, podróżujący do USA w ramach promocji filmu "Nazywam się Khan", poruszającego problem rasowego profilowania muzułmanów. [Sygnalista, demaskator (whistleblower) - osoba nagłaśniająca działalność, która według niej może być nielegalna lub nieuczciwa].

W Europie głośny stał się przypadek Youssefa Nada, obywatela Włoch i Egiptu mieszkającego w alpejskiej gminie Campione d'Italia, który przez siedem lat nie mógł opuścić włoskiej enklawy, ponieważ przez pomyłkę umieszczono go na liście osób powiązanych z Al-Kaidą.

Zakładnicy emocjonalnego szantażu

Historie niewinnych ludzi, których prawa zostały na chwilę "zawieszone" na skutek nieuzasadnionego podejrzenia albo zwykłego błędu, łatwo zbagatelizować. Ostatecznie nic wielkiego się nie stało: chwila stresu lub upokorzenia, stracone połączenie, w skrajnym scenariuszu parę lat wyrwanych z normalnego życia. To nadal niewiele w zestawieniu z zagrożeniem, przed którym państwo próbuje nas ochronić. Jeśli na jednej szali położymy tragiczną śmierć w zamachu, a na drugiej – życie w cieniu podejrzenia, nie będzie tu równowagi. Większość z nas wybierze po prostu życie, jednocześnie czując, że to nie jest uczciwa transakcja. Bo w zasadzie dlaczego mielibyśmy wybierać między mniejszym i większym złem?

Publiczna debata o sposobach walki z terroryzmem rzadko bywa wyważona, oparta na faktach, bez demagogii i populistycznych chwytów. Szczególnie jeśli ma miejsce bezpośrednio po zamachu, gdy presja społecznych emocji wymusza kroki radykalne, a niekoniecznie skuteczne. Jednak nawet, gdy – tak jak ostatnio w Polsce – antyterrorystyczne procedury są przyjmowane „na wszelki wypadek", politycy wolą zaproponować więcej, niż zmierzyć się z zarzutem braku troski o ludzkie życie. Czy wobec ryzyka, że zginą niewinni ludzie, nie warto poświęcić innych wartości? Mało który polityk, mając przed sobą krótki horyzont wyborczy, zaryzykuje taką stawkę.

Przyzwolenie na przechwytywanie komunikacji elektronicznej, zatrzymania, przeszukania, a nawet aresztowania bez kontroli sądu, w połączeniu z brakiem jawności, spowodowały, że demokratyczne państwa zaczęły zagrażać własnym obywatelom.

Sęk w tym, że państwo ma obowiązek chronić swoich obywateli nie tylko przed śmiercią w zamachu, ale także przed arbitralnym i nieuzasadnionym naruszeniem wolności lub prywatności. Ani traktaty międzynarodowe, ani konstytucja nie każą nam wybierać, czy wolimy żyć zniewoleni, czy umrzeć w tragicznych okolicznościach. Takiemu szantażowi oparli się Hiszpanie, którzy nawet po zamachach w Madrycie z 2004 r. nie zrezygnowali z kontroli sądowej nad działaniami służb. Podobnie Norwegowie, których odpowiedź na potężny wstrząs, jakim był zamach na wyspie Utoya, brzmiała „Więcej otwartości, więcej demokracji, więcej humanizmu", a nie „Więcej kontroli". Większość ustaw antyterrorystycznych przyjmowanych po 11 września 2001 r., m.in. w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoszech czy Polsce, zmierza jednak w przeciwnym kierunku.

Przyzwolenie na przechwytywanie komunikacji elektronicznej, zatrzymania, przeszukania, a nawet aresztowania bez kontroli sądu, w połączeniu z brakiem jawności, spowodowały, że demokratyczne państwa zaczęły zagrażać własnym obywatelom. Human Rights Watch w raporcie analizującym ustawy antyterrorystyczne przyjęte w 140 krajach zwraca uwagę na bardzo pojemne definicje działalności terrorystycznej. Pozwalają one na stosowanie szczególnych uprawnień służb także w kontekście protestów ulicznych czy zwalczania pospolitej przestępczości. W połączeniu z brakiem ścisłego nadzoru ze strony niezawisłych sądów to prosta droga do nadużyć. Ich ofiarą padają aktywiści, dziennikarze, opozycja polityczna czy mniejszości etniczne lub religijne stereotypowo podejrzewane o „radykalizację".

Podejrzani z profilu

W 2012 r. w wyniku dziennikarskiego śledztwa wyszły na jaw działania nowojorskiej policji, która przez sześć lat inwigilowała lokalną społeczność muzułmańską. Operacja, której celem miało być przeciwdziałanie terroryzmowi, obejmowała ciągłą obserwację meczetów i miejsc spotkań oraz prewencyjne instalowanie podsłuchów. Jeden z dowódców policji, Thomas Galati, publicznie przyznał, że o objęciu nadzorem decydowały nie działania konkretnych osób, ale ich przynależność do grupy etnicznej i fakt posługiwania się określonym językiem. Mimo sześciu lat obserwacji nikomu z tej społeczności nie postawiono formalnych zarzutów.

Profilowanie ze względu na wygląd, pochodzenie etniczne, narodowość czy wyznanie w kontekście działań antyterrorystycznych to domena nie tylko Stanów Zjednoczonych. Raport zlecony przez Theresę May, wówczas sekretarz ds. wewnętrznych, wykazał w 2014 r. całkowitą bezpodstawność 27 proc. zatrzymań i przeszukań dokonywanych na podstawie brytyjskiego prawa antyterrorystycznego, przy czym prawdopodobieństwo zatrzymania osób o czarnym kolorze skóry było siedmiokrotnie większe niż w przypadku białych. Do podobnych wniosków doszła organizacja Open Society Justice Initiative po przeanalizowaniu na przestrzeni roku 500 przypadków zatrzymań przez policję w pięciu wybranych miejscach Paryża. Osoby o czarnym kolorze skóry były zatrzymywane nawet 11 razy częściej niż biali, a w przypadku osób pochodzenia arabskiego ryzyko wzrastało nawet 15-krotnie.

Wbrew propagandzie terroryzm to nie tylko „radykalizacja" biednych społeczności, ale przede wszystkim obiektywnie istniejące powiązania finansowe, łatwiejsze do wykrycia niż przestępcze intencje. Temu właśnie miały służyć – opracowane jeszcze w latach 90. – procedury zwalczania finansowania terroryzmu. Po 11 września 2001 r. miękkie rekomendacje przerodziły się w twardy obowiązek identyfikowania i zgłaszania podejrzanych transakcji. Banki, niechętne roli policjanta, zaczęły przerzucać część obowiązków na wyspecjalizowane spółki.

Jedną z nich jest World-Check, firma odpowiedzialna za profilowanie i wpisywanie na biznesowe czarne listy milionów ludzi. Typowy list informujący klienta banku, że jego rachunek został zamknięty, nie zawiera uzasadnienia. Według „The Economist" za takim działaniem zazwyczaj nie stoją zebrane dowody, ale zaledwie cień podejrzenia i prosty rachunek: koszt przeprowadzenia rzetelnej weryfikacji przewyższałby zysk, jaki generuje posiadacz konta.

Straciliśmy grunt pod nogami

Z perspektywy ostatnich 15 lat „cywilny" koszt wojny z terroryzmem to powolna erozja wolności, spowodowana odejściem od takich dogmatów jak domniemanie niewinności i prawo do rozstrzygnięcia sprawy przez niezawisły organ; dogmatów, które chroniły obywatela przed arbitralnymi decyzjami ze strony państwa. Tej erozji nie da się ująć w spektakularny obraz, który mógłby konkurować o emocje z relacjami z krwawych zamachów.

Współczesne mechanizmy nadzoru są przezroczyste – działają na podstawie informacji, których istnienia nawet nie podejrzewamy, algorytmy, których nie rozumiemy, i instytucje, które nie wychodzą z cienia. A kiedy materializują się w ludzkim doświadczeniu, nie wybucha bomba. To dłuższa niż zwykle kolejka, nieoczekiwane pytanie na lotnisku, dodatkowa kontrola bagażu, stracone połączenie, zatrzymanie, przez które spóźniamy się do pracy, zablokowany rachunek, z którego nie można już spłacić kredytu. Nikt od tego jeszcze nie umarł.

W europejskich miastach ludzie nie zamierają, kiedy padnie na nich cień drona. Raczej z zaciekawieniem patrzą w niebo i wyciągają smartfony. Nikt nie zakłada, że w drodze do pracy może zostać porwany i obudzić się w tajnym więzieniu bez dostępu do pomocy prawnej. W naszym świecie pewne przekroczenia nadal wydają się niewyobrażalne.

Nikt nie zakłada, że w drodze do pracy może zostać porwany i obudzić się w tajnym więzieniu bez dostępu do pomocy prawnej. W naszym świecie pewne przekroczenia nadal wydają się niewyobrażalne.

Niewykluczone, że 15 lat temu podobnie myśleli mieszkańcy Jemenu, Pakistanu czy Afganistanu. Bo niby dlaczego ktoś miałby strzelać z nieba do konduktu weselnego? Logika wojny z terroryzmem zakłada, że wróg potrafi się dobrze zakamuflować. W Europie i Stanach Zjednoczonych to oznacza, że lepiej przeskanować każdego maila, sprawdzić każdy bagaż i zatrzymać każdego, kto nosi podejrzane nazwisko, nawet jeśli wygląda na dwulatka. W Afganistanie to oznacza, że lepiej zastrzelić niewinnego człowieka, który wyglądał na terrorystę, niż przegapić cel.

Katarzyna Szymielewicz

* tekst ukazał się w Magazynie Świątecznym Gazety Wyborczej 10 września 2016 r.

Komentarze

Platforma Obywatelska miała zamiar wprowadzić stan wyjątkowy w Polsce, ale wypadła z gry. Natomiast wykorzystał sytuację terrorystyczną w Zachodniej UE narodowo/katolicki PiS. Faktem jest, że w Polsce wolność była tylko pustosłowiem, o pardon, była ona, ale dla tych z immunitetem.
Cóż, teraz "morda w kubeł" itd.
Pozdro.

Dodaj komentarz