Co mają wspólnego "prawa podstawowe" i Internet? Próba podsumowania rozmów z rządem

Artykuł

"Uświadomiliście nam na nowo, jak ogromnym wyzwaniem jest Internet; że nie można [go] traktować jak zwykłego narzędzia, gdzie decyzje administracyjne albo ograniczenia o charakterze prawnym czy ustawowym są bezkarne, albo których konsekwencje nie są szczególnie groźne. (…) Czuję się przez Was trochę "poprawiony": przez te długie miesiące przestawiliście mnie na swój punkt widzenia". W tych zdaniach 13 lipca Donald Tusk podsumowywał cykl rozmów poświęconych regulacji Internetu, które w dość intensywnym tempie prowadziliśmy od 8 kwietnia – czyli "przełomu" wywołanego przez tzw. ustawę medialną. Co rzeczywiście udało się w tym czasie osiągnąć? Czy "przestawienie punktu widzenia" rządu przełoży się na realne zmiany regulacyjne?

Zaczęło się jak zwykle: od kryzysu i konstatacji, że rząd zabiera się za regulację Internetu bez świadomości, jak skomplikowany i newralgiczny jest to obszar. Głośne protesty użytkowników, biznesu i organizacji pozarządowych po raz kolejny zadziałały trzeźwiąco i kontrowersyjny projekt ustawy został zatrzymany. Na spotkanie z Premierem 8 kwietnia szliśmy z dużymi oporami i uzasadnionym podejrzeniem, że znów skończy się na soczystych przemówieniach. Mimo to poszliśmy, i była to dobra decyzja. Tamta rozmowa stała się początkiem całego cyklu spotkań (do dziś  odbyło się ich piętnaście), w których przedstawiciele rządu, organizacje społeczne i dziennikarze obywatelscy dyskutowali o konkretnych rozwiązaniach regulacyjnych, ich potencjalnych konsekwencjach, a przede wszystkim o zagrożeniach dla podstawowych praw i wolności.

Czy ta rozmowa miała sens? Z naszego punktu widzenia, z całą pewnością. Okazało się, że w ciągu trzech miesięcy jest możliwe przejście od teatralnych gestów i przerzucania się mocnymi słowami w mediach, do spokojnej wymiany poglądów i zderzenia merytorycznych argumentów. Naszym celem, jako organizacji pozarządowej, nigdy nie było – bo i być nie mogło – "wynegocjowanie" z rządem konkretnego podejścia do regulacji Internetu. Rozwiązania prawne tworzy rząd i przyjmuje za to pełną polityczną odpowiedzialność. Naszym zadaniem jest uporczywe wnoszenie do tej rozmowy perspektywy praw podstawowych; pokazywanie, że Internet to nie technologia, jak każda inna czy proste narzędzie, które można "jakoś uregulować", ale skomplikowany obszar relacji społecznych, w którym ważą się wartości zupełnie podstawowe: wolność wypowiedzi, dostęp do informacji i dóbr kultury, prywatność, bezpieczeństwo publiczne.

Wygląda na to, że w realizacji tego zadania odnieśliśmy pewien sukces. Na ostatnim spotkaniu Premier przyznał: "Przystępowałem do rozmowy z Wami napakowany intencją leczenia Internetu ze zła, które tam się panoszy, i w związku z tym tak jakby w nawiasie pozostawała kwestia fundamentalnych wolności człowieka". Co się zmieniło? 13 lipca usłyszeliśmy, że rząd nie wprowadzi obowiązku blokowania, jeśli ten środek nie przejdzie testu proporcjonalności: "Jeśli będziemy rozstrzygali np. kwestię filtrowania i blokowania stron, to absolutnie się zgadzam z Waszym postulatem, że najpierw trzeba mieć 100% przekonanie, tak jak w przypadku innych fundamentalnych praw człowieka i obywatela, że to jest niezbędne; że przynosi dobre skutki, i że jest wykonalne – to znaczy, że nie jest do ominięcia – i dopiero wtedy zdecydujemy się na stosowanie takich twardych metod działania w Internecie, które mogą stanowić ograniczenie wolności". To są wciąż słowa, ale już komunikujące konkretne kryteria i punkty odniesienia, do których możemy wracać w debacie publicznej

Podobne podejście Premier zadeklarował w drugiej, budzącej kontrowersje sprawie: obowiązkowej retencji danych telekomunikacyjnych. "Przestawimy naszą filozofię na ten, bliższy nam, ale trochę zapomniany sposób widzenia, czyli pierw wolności i prawa obywatela (…) To przestawienie punktu widzenia mogę Wam dzisiaj zadeklarować. Będzie to także dotyczyło retencji" – usłyszeliśmy 13 lipca.

W odpowiedzi na stawiane przez nas wielokrotnie zarzuty, że prawo w Polsce jest tworzone w oderwaniu od faktów i obiektywnych analiz, również usłyszeliśmy mocną deklarację zmiany podejścia: "Propozycje ograniczania tych [obywatelskich] wolności muszą być poprzedzone procesem dowodowym, który pokaże, że albo nie ma innego wyjścia, żeby wyleczyć jakąś groźną chorobę społeczna, albo że negatywne skutki dla wolności nie są ważące." Premier zapowiedział też, że będzie żądał od służb specjalnych o wiele twardszych dowodów na to, że przyznawane im uprawnienia są konieczne; że oczekuje od służb "większej wrażliwości" na prawa człowieka i że będzie dążył do zmniejszenia opresyjności tego aparatu.

Co udało się osiągnąć w konkretnych sprawach, omawianych na spotkaniach roboczych? Niewątpliwym sukcesem tego procesu było wypracowanie zasady bezwarunkowego udostępnienia informacji publicznej, co również oznacza brak jakichkolwiek opłat za  powtórne wykorzystywanie (dopuszczalne będą tylko opłaty za udostępnienie, jeśli miałoby się ono wiązać z dodatkowymi nakładami finansowymi dla administracji). Przy czym rozmowa na ten temat bynajmniej nie jest zakończona. Zasada bezwarunkowego wykorzystania informacji wciąż może być wypaczona przez istnienie niespójnych przepisów odrębnych. Z tym problem rząd ma się zmierzyć przy tworzeniu kolejnego projektu ustawy o otwartych zasobach publicznych, której projekt, według słów Ministra Boniego, ma być gotowy w ciągu kilku tygodni.

Dyskusje nad kontrowersyjnym projektem ustawy medialnej – czyli implementacji dyrektywy audiowizualnej, która dotyczy także usług "podobnych do telewizji" świadczonych w Internecie – zostały przeniesione na inne forum, koordynowane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Pojawił się już poprawiony projekt nowelizacji, ale rozmowy na jego temat są na bardzo wstępnym etapie, ustalenia definicji i ogólnego podejścia do implementacji. Organizacje społeczne proponują podejście minimalne, na wzór brytyjski: tak, aby jak najmniej ograniczyć innowacyjność usług audiowizualnych i ochronić małych przedsiębiorców przed ingerencją regulatora.

Na podobnym etapie utknęły prace nad ustawą o świadczeniu usług droga elektroniczną, która ma doprecyzować zasady odpowiedzialności pośredników internetowych za treści umieszczane przez użytkowników oraz wprowadzić jasną procedurę blokowania spornych treści (tzw. notice and take down). Organizacje społeczne przedstawiły szczegółowe uwagi do projektu założeń ustawy, które rząd w większości przyjął pozytywnie. Jednak dopiero w szczegółowym projekcie ustawy i związanego  z nią rozporządzenia zobaczymy, jak te ogólne zasady zostaną przełożone na praktykę. MSWiA zapowiada, że projekt będzie gotowy lada dzień.

Są jeszcze przynajmniej dwa ważne tematy, których udało się jedynie "dotknąć", natomiast prawdziwa debata dopiero przed nami: spór o neutralność sieci oraz, budzące od miesięcy kontrowersje, międzynarodowe porozumienie o podrabianiu w handlu, czyli ACTA. Porozumienie ACTA było negocjowane w tajnym trybie, przy rażącym braku transparentności. Do dziś nie zostały upublicznione wszystkie dokumenty wypracowane w procesie negocjacji. Podczas gdy z Wiedeńskiej Konwencji o Prawie Traktatów wyraźnie wynika, że historia zawierania traktatu jest ważna dla jego interpretacji. Dlatego polski rząd powinien wesprzeć starania o dokonanie pełnej publikacji tych dokumentów przez Komisję Europejską.

W kwestii neutralności sieci i tego, czy potrzebna jest na tym polu interwencja regulatora, odbyła się pierwsza, gorąca dyskusja w ramach zespołu Polska Cyfrowa, kierowanego przez Minister Gaj. W naszej opinii zagwarantowanie neutralności sieci jest podstawowym wyzwaniem dla przyszłości Internetu. Praktyczne wdrożenie tej zasady przekłada się na najważniejsze aspekty obiegu informacji w sieci – wolność słowa, dostęp do wiedzy, czy innowacyjność. Zdania przedstawicieli biznesu i organizacji broniących praw człowieka były jednak diametralnie podzielone. To pokazuje, że temat wymaga pogłębienia i rzetelnego zbadania; w szczególności potrzebne są obiektywne analizy na temat perspektyw rozwoju sieci światłowodowej, ograniczeń, jakie wiążą się z wykorzystaniem sieci mobilnej i możliwości finansowania prywatnych inwestycji w infrastrukturę Internetu.

Nie wiemy, co z wypracowanymi w tym procesie rekomendacjami zrobi obecny rząd – a tym bardziej następny, który przejmie ster już za kilka miesięcy. Jedno jest pewne: czas na poważną rozmowę o regulacji Internetu i prawach podstawowych mamy naprawdę najwyższy. Decyzje, jakie podejmie ten i kolejny rząd, zdeterminują kierunki regulacyjne na lata. Trzeba przy tym pamiętać, że Internet w Polsce jest we wstępnej fazie rozwoju. Nie jesteśmy jeszcze w stanie ocenić, jakie możliwości i potencjalne korzyści przyniesie nam dalszy rozwój sieci. Natomiast  z całą pewnością możemy sobie te perspektywy ograniczyć.

To, na ile potencjał Internetu się rozwinie i w jakich celach będzie wykorzystywany w dużej mierze zależy od sposobu, w jaki teraz sformułujemy zasady dotyczące retencji danych, neutralności sieci, odpowiedzialności za treść czy powtórnego wykorzystania  informacji publicznej. Nie stać nas na to, żeby te potencjalne korzyści zaprzepaścić. Dlatego dyskusja rozpoczęta w kwietniu tego roku musi trwać, a organizacje społeczne i media rozliczać polityków ze składanych obietnic.

Katarzyna Szymielewicz

Tekst został opublikowany w Dzienniku Internautów: Co mają wspólnego „prawa podstawowe” i internet?

Dodaj komentarz