Facebook vs Australia

W skrócie

W piątek australijskie media (i nie tylko) zniknęły z Facebooka. Firma Marka Zuckerberga po raz kolejny w ciągu kilku miesięcy zademonstrowała swoją władzę. Władzę, którą – podkreślmy – wykorzystuje na co dzień, tyle że w mniej widoczny sposób. Czym kieruje się Facebook przy podejmowaniu decyzji, jakie informacje trafią (lub nie) do 2 miliardów ludzi korzystających z tej platformy na całym świecie? Jak to możliwe, że może on ot tak wyłączyć informacje w całym kraju? Jakie wnioski powinniśmy wyciągnąć z piątkowego protestu?

Jak podaje portal France24, 39% Australijczyków i Australijek traktuje media społecznościowe jako źródło newsów. Dla 21% jest to źródło podstawowe. 29% australijskich newsów prezentowanych w formie wideo jest odbieranych przez Facebooka. Platforma utrzymuje, że newsy to tylko 4% treści prezentowanych na portalu. Media na całym świecie stoją wobec wielkich platform na przegranej pozycji: nie mogą sobie pozwolić, żeby z nich zniknąć, a jednocześnie te platformy zgarniają lwią część wpływów z reklam. Rząd australijski, wprowadzając podatek od linków, próbuje wyrównać szanse.

To, czy rozwiązanie australijskie jest dobre, czy może warto szukać innych sposobów na wzmocnienie pozycji mediów i w ogóle większe uniezależnienie nas wszystkich od cyfrowych gigantów, to inna dyskusja. Toczymy ją także w Unii Europejskiej. Jedno jest pewne: wyrugowanie mediów z Facebooka uderzyłoby przede wszystkim w użytkowników i użytkowniczki portalu. Jak dziwne byłoby to miejsce, poczuli głównie mieszkańcy antypodów, ale długofalowo odbiłoby się to przede wszystkim na jakości dyskursu prowadzonego na tej platformie (który toczy się przecież wokół materiałów informacyjnych). Nic nie stałoby też na przeszkodzie rozprzestrzenianiu się fałszywych informacji, bo niemożliwe byłoby np. skontrowanie ich linkiem do materiału dziennikarskiego, który danego fejka demaskuje.

W piątek doświadczyliśmy też innego (na co dzień nieco bardziej subtelnego) działania algorytmów Facebooka odpowiedzialnych za zarządzanie treścią w serwisie, tj. m.in. za zwiększanie bądź zmniejszanie widoczności niektórych materiałów czy ich blokowanie. Protest Facebooka potwierdził, że blokowanie jest równie łatwe co nieprecyzyjne i zależne od decyzji człowieka: póki ktoś w odpowiednim dziale nie doprecyzował definicji newsa, zablokowane były nie tylko strony agencji informacyjnych i mediów, ale też alerty dotyczące pożarów w buszu czy informacje rządu na temat szczepień przeciwko koronawirusowi (o kalibrowaniu systemów opartych na algorytmach uczenia maszynowego piszemy w przewodniku Sztuczna inteligencja non-fiction).

Piątkowy pokaz siły w wykonaniu Facebooka był czymś wyjątkowym, ale tylko dlatego, że odbył się właśnie… na pokaz. Na co dzień Facebook sprawuje władzę w sposób ukryty, podbijając lub shadow-banując treści, które jego algorytmy uznają za stosowne (zgodnie z założeniami zdefiniowanymi w odpowiednim dziale). Jeśli ta władza platformy nam przeszkadzała w piątek, dziś też nie powinniśmy jej akceptować.

Anna Obem, Dorota Głowacka

Wesprzyj nasze działania przeciwko prywatnej cenzurze. Przekaż 1% podatku na Fundację Panoptykon! (KRS: 0000327613)

Komentarze

Zastanawiam się kiedy FB zbanuje Panoptykon za jakąś niezgodność z polityką czegoś tam.

Dodaj komentarz