O Wikileaks i kontroli nad Internetem

Artykuł

Próby ograniczenia możliwości funkcjonowania serwisu Wikileaks w Internecie podejmowane przez podmioty z sektora prywatnego, stały się w ostatnim czasie obiektem sporego zainteresowania mediów. Nazwa domeny Wikileaks (wikileaks.com) została usunięta przez EveryDNS.net (firma zarządzająca domenami), możliwość zbierania funduszy ograniczona przez firmy Paypal, Visa i Mastercard, a strona organizacji usunięta przez Amazon. Nasuwa się więc pytanie, kiedy odrzuciliśmy rządy prawa i zastąpiliśmy je doraźnym sądownictwem sprawowanym przez prywatne firmy? Jak to się stało, że prywatne podmioty mogą karać stronę internetową, wobec której nigdy nie zapadł wyrok skazujący?

Dlaczego właściwie to robią?

Prawda jest taka, że mamy za sobą miesiące, jeśli nie lata, pozakulisowych działań rządów (głównie zachodnich) polegających na przekonywaniu, wynagradzaniu, czy też wywieraniu nacisków na firmy internetowe, aby rozwijały struktury umożliwiające cenzurę sieci. Pod niewinnie brzmiącą nazwą „samoregulacji” i żądaniami, by dostawcy Internetu brali większą odpowiedzialność za nielegalną aktywność klientów zostaje wprowadzona właśnie taka infrastruktura. Jej celem jest przekazanie quasi-sądowych kompetencji prywatnym firmom, które chociaż nie są związane procedurami postępowania sądowego, zaczynają wydawać doraźne wyroki wobec oskarżonych o nielegalną działalność. Wyrok taki może polegać na zablokowaniu płatności, usunięciu strony internetowej czy filtrowaniu połączeń internetowych. Prowadzi to do powolnej i trudnej do zauważenia erozji systemu prawnego. Rządy państw zachodnich są ograniczane w swoich działaniach przez konstytucje. Wobec niewygodnych informacji w sieci ograniczenia te mogą w prosty sposób obejść prywatne firmy działając poza ramami systemu egzekwowania prawa.

Zanim jeszcze działalność Wikileaks stała się znana w Europie w szerszych kręgach, Komisja Europejska przedstawiła europejskim firmom z szeroko pojętej branży internetowej propozycje podejmowania różnego rodzaju działań. Firmom hostingowym zarekomendowano usuwanie stron internetowych bez wyroku sądowego (sugerując operatorom, by nadali sobie takie uprawnienia w regulaminach użytkowania swoich usług). Platformom transakcyjnym zasugerowano blokowanie użytkowników oskarżonych o szeroko rozumiane fałszowanie produktów. Dostawcom Internetu polecono filtrować ruch peer-to-peer w celu wyeliminowania wszystkiego, co nie zostało zatwierdzone przez posiadaczy praw autorskich. Również operatorów sieci komórkowych zachęcano do blokowania wszelkich treści uznanych z potencjalnie nielegalne.

Zjawisko to nie dotyczy wyłącznie Europy. Unia Europejska brała udział w negocjacjach porozumienia ACTA wraz z krajami z różnych zakątków świata. Porozumienie to sugeruje stosowanie pozasądowej „współpracy” pomiędzy dostawcami Internetu i posiadaczami praw autorskich, w celu ścigania i karania podejrzanych o naruszanie „praw własności intelektualnej”. OECD rozpoczęło prace nad międzynarodowym projektem dotyczących roli, jaką internetowi pośrednicy mają pełnić w sferze „ochrony interesu publicznego”. OSCE aktywnie wspiera podejście, zgodnie z którym jedyną karą za publikowanie treści rasistowskich jest pozasądowe usunięcie stron zawierających takie treści. Jest to tylko początek listy.

Niestety tendencja do przerzucania przez rządy kompetencji do kontroli funkcjonowania Internetu na podmioty komercyjne pojawia się właśnie w momencie, kiedy firmy internetowe stają się coraz bardziej otwarte na tego typu propozycje. Firmy takie jak Virgin i Deutsche Telekom/T-Mobile walczą o prawo ingerencji w ruch internetowy dla własnych, komercyjnych celów. Virgin ogłosił plany wprowadzenia technologii umożliwiającej otwarcie każdego pakietu danych wysłanych lub odebranych przez ich klientów w celu ścigania naruszeń praw autorskich, które mogłyby zaszkodzić interesom firmy prowadzącej działalność również w branży muzycznej. Deutsche Telekom żąda większej kontroli, aby móc pobierać opłaty od usługodawców, takich jak Google, za dostęp abonentów do usług świadczonych przez tego typu firmy.

Wzrastające zainteresowanie największych dostawców Internetu ingerowaniem, w celach biznesowych, w ruch generowany przez ich klientów stwarza oczywiste zagrożenia dla konkurencji, innowacyjności i wolności słowa. Zagrożenia, które w każdym innym przypadku niosłyby za sobą ingerencję rządów mających chronić interesów społeczeństwa. Zamiast tego mamy raczej do czynienia z milczącą zgodą – firmy internetowe będą stopniowo podejmować dodatkowe działania „porządkowe”, a w zamian za to dostaną wolną rękę w powolnym demontażu otwartości Internetu, która jest jego centralną wartością z punktu widzenia demokracji, innowacyjności i społeczeństwa w ogóle.

[źródło: EDRi-gram]

Dodaj komentarz