Pomieszanie języków? Komisja Europejska „rozmawia” z organizacjami pozarządowymi o retencji danych

Artykuł

W ramach trwającego od paru miesięcy procesu ewaluacji dyrektywy retencyjnej, Komisja Europejska – a konkretnie odpowiedzialna za ten proces dyrekcja ds. wewnętrznych (DG Home) – zaprosiła organizacje pozarządowe na specjalny warsztat. Eksperci z różnych organizacji i krajów UE zostali zaproszeni, żeby przedyskutować kierunki, w jakich powinna zmierzać rewizja dyrektywy retencyjnej. Komisja najwyraźniej oczekiwała kompromisu i spokojnego omówienia „parametrów”, jakie powinna spełniać blankietowa retencja danych, żebyśmy ją zaakceptowali. Dla nas ten optymizm pozostaje zagadką: od kilku miesięcy przy każdej okazji podkreślamy, że nie widzimy dowodów ani sensowego uzasadnienia dla utrzymania  obowiązku retencji.

Wszystkie dane, jakie udało się do tej pory zebrać w procesie ewaluacji prowadzą do jednego wniosku: bezpieczeństwo Europejczyków nie wymaga gromadzenia i przechowywania szczegółowych danych o ich codziennej komunikacji. W zupełności wystarczyłby reżim „szybkiego zamrażania” danych dotyczących konkretnych osób w momencie, kiedy pojawia się podejrzenie pod ich adresem. Wyjaśnialiśmy ten pogląd bardzo dokładnie w naszym rapocie-cieniu - będącym odpowiedzią na raport z ewaluacji dyrektywy przygotowany przez DG Home. Komisja jednak niezmiennie ignoruje wyniki własnej ewaluacji i obstaje przy wniosku, że retencja jest niezbędna, ponieważ policja i służby specjalne w większości państw członkowskich tak twierdzą...

Przez tę rozbieżność perspektyw spotkanie przebiegało w dość gorącej atmosferze: wszystkie obecne organizacje zbojkotowały agendę i zażądały poważnej rozmowy o „kwestiach fundamentalnych”, czyli braku podstaw dla utrzymania blankietowej retencji danych w Unii Europejskiej. Spędziliśmy cztery godziny dyskutując o błędach i rażących brakach w raporcie z ewaluacji dyrektywy retencyjnej, o niekonsekwencji w polityce Komisji Europejskiej, o pomieszaniu pojęć, jakie od początku tego procesu stosuje Komisja.

Bardzo istotne dla całej debaty jest to, co rozumiemy pod hasłem „retencja”: dostęp do danych telekomunikacyjnych, które operatorzy przechowują dla własnych celów to jedno; obowiązek retencji danych dla celów walki z przestępczością to coś zupełnie innego. Kiedy policja czy inne służby mówią „nie możemy pracować bez danych”, warto pamiętać o tym rozróżnieniu i o tym, że nikt nie proponuje zakazu korzystania z danych, jakie operatorzy i inne firmy przechowują w związku ze swoją działalnością. Właśnie dlatego, żeby udowodnić niezbędność dyrektywy i obowiązkowej retencji danych, trzeba wykazać, że w braku takiego obowiązku dostępność danych byłaby niewystarczająca dla skutecznego wykrywania sprawców przestępstw. Tego niuansu w raporcie z ewaluacji dyrektywy niestety nie uwzględniono.

Wymiana poglądów pomiędzy organizacjami społecznymi i Komisją Europejską na temat retencji danych toczy się właściwie od lat. Niestety, z czasem coraz bardziej widać, że nie rozmawiamy w tym samym języku ani nie dzielimy tych samych wartości. Z perspektywy strony społecznej, ten wysiłek zaczyna się uporczywie kojarzyć z rzucaniem grochem o ścianę. Już na etapie tworzenia dyrektywy retencyjnej w 2004 r. debata na temat jej zgodności z porządkiem konstytucyjnym była bardzo gorąca. Już wówczas nikt nie potrafił wykazać, że jest to środek proporcjonalny i obiektywnie niezbędny. Zamiast faktów i rzetelnego uzasadniania, organizacje społeczne dostały jeden artykuł w dyrektywie mówiący o tym, że państwa będą zbierać dane o wykorzystaniu retencji i raportować je do Brukseli. Właśnie po to, żeby w momencie ewaluacji Komisja mogła ocenić, jak ten środek działa i czy rzeczywiście jest niezbędny w walce z przestępczością.

Dziś okazuje się, że zebrane przez Komisję dane wciąż są niewystarczające i niewiele da się na ich podstawie ocenić. Co na to racjonalny europejski ustawodawca? Jak na razie nic, wzrusza ramionami i robi swoje. Co sprawia, że DG Home tak bardzo usztywniło swoją pozycję i nie podejmuje prawdziwego dialogu ze społeczeństwem? Oczywiście, europejska Realpolitik: Komisarz Malmstroem, formalnie odpowiedzialna za prace nad dyrektywą, już na początku procesu ewaluacji powiedziała mediom, że państwa członkowskie wyśmiałyby ją, gdyby zaproponowała zniesienie retencji danych.

Najwyraźniej liberalna pani Komisarz, która dawniej – jako szwedzka minister – była przeciwna blankietowej retencji danych do tego stopnia, że nie wdrożyła dyrektywy w swoim kraju, postanowiła wsłuchać się w wolę państw członkowskich i skrupulatnie ją realizować. Tę tezę potwierdził Christian d'Cunha - osoba bezpośrednio odpowiedzialna w DG Home za przygotowanie ewaluacji, oceny skutków regulacji i zaproponowanie rewizji dyrektywy - który pod koniec spotkania przyznał po prostu, że utrzymanie retencji danych to decyzja stricte polityczna, oderwana od oceny faktów i obiektywnych przesłanek.

Problem i jednocześnie źródło naszej frustracji polega na tym, że rolą Komisji Europejskiej wcale nie powinni być „wsłuchiwanie się” w wolę państw, ale działanie na rzecz całej Unii Europejskiej. Od przyjęcia Traktatu z Lizbony także działanie w obronie praw podstawowych europejskich obywateli: każdy Komisarz składał przysięgę, że będzie tych praw bronił, zachowując niezależność od partykularnych interesów politycznych. Patrząc na praktykę DG Home, trudno się oprzeć wrażeniu, że ta szczytna misja będzie musiała poczekać na „lepsze czasy”. Na razie dominują jak najbardziej partykularne interesy wpływowych państw członkowskich - przede wszystkim Wielkiej Brytanii, która przy pomocy dyrektywy retencyjnej „wyprała” własną politykę bezpieczeństwa.

Katarzyna Szymielewicz

Dodaj komentarz