Wraca indeks stron zakazanych? Filtry "rodzinne" w bibliotekach

Artykuł

Kiedyś dostęp do niektórych treści w bibliotekach uniemożliwiał Indeks ksiąg zakazanych. Dziś podobne ograniczenia wprowadza się w stosunku do stron internetowych. Niedawno dowiedzieliśmy się, że nasza strona (tak, ta sama, na której się właśnie znajdujemy) zawiera obraźliwe, nieodpowiednie dla młodszych odbiorców materiały, ba! – być może nawet pornografię, przemoc i wulgaryzmy. A stwierdził to filtr rodzinny.

Dwa miesiące temu otrzymaliśmy maila, z którego wynikało, że w bibliotece publicznej w Częstochowie zablokowany jest dostęp do strony internetowej Fundacji Panoptykon. Wszystkiemu zaś winien był tzw. filtr rodzinny, czyli narzędzie mające na celu – przynajmniej w teorii – ochronę niepełnoletnich internautów przed szkodliwymi dla nich treściami. Taki filtr najczęściej działa w oparciu o wykrywanie słów kluczowych lub weryfikowanie zapytań z listą zgłoszonych serwisów internetowych. Niektóre przeglądarki internetowe pozwalają na stworzenie listy dozwolonych serwisów i zablokowanie dostępu do wszystkich pozostałych. Jednak nawet sami twórcy internetowych filtrów nie ukrywają, że logika działania i skuteczność tych narzędzi bywa wątpliwa. Świadczyć może o tym choćby nasz przykład – na szczęście szybko wyjaśniony.

Sprawa zainteresowała nas jednak na tyle, że postanowiliśmy zapytać bibliotekę o rodzaj i parametry używanego filtru. W odpowiedzi poinformowano nas, że celem stosowanego narzędzia jest "ograniczenie możliwości otwierania stron o charakterze niezgodnym ze Statutem Biblioteki, sprzecznych z powszechnie obowiązującymi normami społecznymi, moralnymi i kulturalnymi. Mowa tu m.in. o stronach zawierających pornografię, przemoc, propagujących narkotyki oraz działalność sekt itp. oraz rozprzestrzeniających złośliwe oprogramowanie, wspomagające oszustwa, szpiegostwo i gromadzenie poufnych informacji". Przyznano jednocześnie, że rzeczywiście nie istnieje stuprocentowo pewny i bezbłędny filtr treści, dlatego czasem zdarzają się pewne pomyłki w blokowaniu zaufanych stron. Taka pomyłka dotyczyła właśnie witryny Panoptykonu.

Filtry rodzinne w bibliotekach to zjawisko dość powszechne. Ostatnio w prasie lokalnej pojawiła się informacja o tym, że w bibliotece w Janowcu pewien gimnazjalista wchodził na strony zawierające treści pornograficzne. "My na takie strony nie wchodzimy, dodatkowo przeglądamy historię wejść na strony internetowe w komputerach i nasz niepokój wzbudziła historia wejść z soboty, bo już pewne zastrzeżenia budziło zachowanie gimnazjalisty, który ustawił monitor pod innym kątem. Wrócił do nas za kilka dni i wówczas złapany został na gorącym uczynku i wyrzucony z czytelni za złamanie regulaminu" - wyjaśniła bibliotekarka. Podobnie jest w innych miastach. "Przez pewien czas miałam nawet na swoim monitorze podgląd innych stanowisk, obecnie jest blokada", opowiada bibliotekarka ze Żnina. W bibliotece w Rogowie także został zakupiony program, który monitoruje wejścia i daje podgląd wyświetlanych stron na monitorze bibliotekarza z jednoczesną możliwością blokowania stron na każdym ze stanowisk.

Polska nie jest tu oczywiście odosobnionym przypadkiem. W Stanach Zjednoczonych, biblioteki zaczęły używać internetowych filtrów pod koniec lat 90. – z powodu presji społecznej oraz Ustawy o ochronie dzieci w Internecie (Children's Internet Protection Act). Zgodnie z jej przepisami, wszystkie komputery w bibliotekach publicznych muszą używać filtrów rodzinnych, jeśli korzystają z federalnych funduszy na komputery z dostępem do Internetu. Stowarzyszenie Bibliotek Amerykańskich próbowało walczyć z ustawą na drodze sądowej, argumentując, że używanie filtrującego oprogramowania w bibliotekach do blokowania dostępu do konstytucyjnie chronionych wypowiedzi narusza Kartę Praw Bibliotek. Niektóre biblioteki zdecydowały się nie korzystać z filtrów, w zamian rezygnując z przyjmowanego dofinansowania. Rozwiązanie wprowadzone przez ustawę bywało również krytykowane jako sprzeczne z misją bibliotek.

W lutym 2011 roku, organizacja American Civil Liberties Union (ACLU) rozpoczęła kampanię pod hasłem "Nie filtruj mnie". Jej celem była walka z niepokojącą, dyskryminacyjną cenzurą Internetu w szkolnych bibliotekach, polegającą na blokowaniu dostępu do portali o tematyce LGBT. I nie chodziło bynajmniej o strony pornograficzne. ACLU otrzymywała wiele sygnałów od uczniów z całego kraju, świadczących o tym, że stosowane w szkołach filtry uniemożliwiają wejście np. na strony organizacji zajmujących się prawami osób homo-, bi- i transseksualnych, nie blokując jednocześnie dostępu do treści obrażających i dyskryminujących mniejszości seksualne.

Obchodzony wczoraj Dzień Świadomości nt. Zakazanych Stron (mający na celu podnoszenie świadomości na temat zbyt restrykcyjnego blokowania legalnych witryn edukacyjnych i przydatnych w nauce narzędzi społecznościowych w szkołach i bibliotek szkolnych – nieprzypadkowo wyznaczony podczas Tygodnia Zakazanych Książek) stał się okazją do opublikowania raportu podsumowującego całą kampanię. Jej częścią był zamieszczony na stronie ACLU kwestionariusz, za pomocą którego uczniowie mogli zgłaszać niepokojące przypadki filtrowania. Jeden z nadesłanych przykładów dotyczył blokowania stron na temat Harvey’a Milka – jednego z pierwszych amerykańskich polityków otwarcie przyznających się do swojej homoseksualnej orientacji. Niemożliwe okazało się także wyszukanie informacji na temat zapobiegania samobójstwom wśród nastolatków. W raporcie ACLU możemy przeczytać, jak dzięki kampanii udało się najpierw znieść dyskryminacyjne filtrowanie w kilkudziesięciu szkołach, a następnie przekonać do tego samego większość twórców oprogramowania używanego w tysiącach placówek. 

Jak podkreśla organizacja, blokowanie dostępu do treści lub obrazów przez niektórych uważanych za "obraźliwe" – niezależnie od tego czy dotyczy książek czy stron internetowych – stanowi naruszenie Pierwszej Poprawki do Konstytucji USA. Możemy podpisać się również pod dalszą częścią ich opinii: "wierzymy w wykształconych obywateli i społeczeństwo, w którym idee są jawnie rozpowszechniane, omawiane i dyskutowane". Skoro nie istnieją filtry, które blokowałyby dostęp jedynie do sprzecznych z prawem, realnie szkodliwych treści, warto pomyśleć nad rozwiązaniami alternatywnymi. Może się okazać, że to właśnie edukacja da lepszy efekt niż oprogramowanie filtrujące.

Barbara Gubernat

Komentarze

Dodaj komentarz