Wykluczeni przez ACTA - komentarz Katarzyny Szymielewicz

Artykuł

Mamy to, w czym jesteśmy najlepsi: polskie pospolite ruszenie w obliczu kryzysu, bez wnikania w szczegóły i pytania: dlaczego znowu wszyscy obudziliśmy się „za pięć dwunasta”? No, prawie wszyscy, bo przecież organizacje pozarządowe od dwóch lat alarmują o potencjalnych problemach mogących wyniknąć z ACTA. Jak to się dzieje, że znowu próbujemy rozwiązać ważny społeczny problem w trybie awaryjnym?



Głośne w ostatnich dniach porozumienie ACTA i zamieszanie wokół ratyfikacji go przez Polskę będą kiedyś opisywane w podręcznikach jako rażący przykład niedemokratycznego procesu stanowienia prawa. Celem porozumienia międzypaństwowego Anti-Counterfeiting Trade Agreement jest wzmocnienie egzekwowania prawa własności intelektualnej. Tekst porozumienia został oficjalnie opublikowany w zasadzie dopiero po zakończeniu negocjacji. ACTA napisane jest bardzo abstrakcyjnym, dyplomatycznym językiem i pełne jest prawniczych terminów. Porozumienie głównie „dopuszcza” i „zachęca”, rzadko zaś coś nakazuje. Nie znajdujemy w nim zbyt wielu postanowień, które dałyby wyobrażenie o potencjalnych praktycznych skutkach przyjęcia porozumienia.

ACTA to jedyne znane porozumienie handlowe, które było przez lata negocjowane w sposób tajny. Dziennikarz szwedzkiej gazety, na swoją prośbę o udostępnienie stanowiska rządu szwedzkiego w sprawie ACTA, otrzymał dokumenty o prawie całkowicie zaczernionych stronicach. Zarówno Komisja Europejska jak i polski rząd twierdzą, że podpisanie ACTA nic w przepisach prawnych nie zmienia. Dlaczego jednak rządy kilkunastu państw poświęciły tak wiele czasu, pieniędzy i wysiłku na negocjowanie umowy, która opisuje status quo? W trakcie negocjacji powstało wiele dokumentów, instrukcji negocjacyjnych, wytycznych i memorandów, które być może dają odpowiedź na to pytanie. Być może samo ACTA to tylko czubek góry lodowej? Jednak nie dowiemy się tego, dopóki dokumenty negocjacyjne pozostają tajne.

Fragmentaryczne informacje o ACTA oczywiście wyciekały, m. in. za sprawą Wikileaks. Wycieki te i krytyka, która po nich nastąpiła, szczególnie ze strony aktywistów amerykańskich i zachodnioeuropejskich, wymusiły na ACTA pewną ewolucję. Wypadły z niego najbardziej kontrowersyjne postanowienia, np. przewidujące możliwość odcinania użytkowników od Internetu w konsekwencji domniemania naruszenia praw autorskich. Zmiany te nie zachodziły jednak w sposób transparentny ani wskutek konsultacji ze społeczeństwem czy niezależnymi ekspertami, nie powstawały żadne publicznie znane oceny skutków regulacji. Wiele kontrowersyjnych zapisów ACTA zostało też utrzymanych.

Polski rząd nie był oczywiście głównym rozgrywającym międzynarodowych negocjacji ACTA. Czekał raczej na działania i decyzje silniejszych graczy, głównie Francji i Wielkiej Brytanii. Zawsze miał też w rękawie swojego asa: argument, że to w zasadzie dokument unijny i niewiele od nas zależy. ACTA to jednak umowa dość nietypowa, hybrydowa – musi być przyjęta zarówno przez UE jak i przez poszczególne państwa członkowskie, ponieważ obejmuje przepisy karne, które wykraczają poza prawo unijne i kompetencje regulacyjne samej UE.

W Polsce działania wokół porozumienia rozgrywały się na uboczu głównego nurtu prac rządowych do tego stopnia, że wykluczeni z debaty zostali niektórzy decydenci. Zgodnie z prawem dokument, który jest przesłany wszystkim ministrom w tzw. trybie obiegowym, nie trafia pod obrady Rady Ministrów, jeśli żaden z nich nie wyrazi sprzeciwu. Taką ścieżkę przeszła uchwała w sprawie ACTA, którą rząd formalnie przyjął na posiedzeniu inauguracyjnym, razem z Bonim w nowej roli ministra resortu cyfryzacji. Sam minister Boni „przegapił” uchwałę, bo została mu ona przesłana na 3 dni przed końcem kadencji poprzedniego rządu.

Innym przykładem na nonszalancję rządzących w kształtowaniu procesu decyzyjnego był sposób przeprowadzenia konsultacji społecznych, które (wbrew temu co twierdzą niektórzy komentatorzy) odbyły się wiosną 2011 r. Odpowiedzialny za nie był resort kultury. Dokument powieszono w zakamarkach Biuletynu Informacji Publicznej, tak by jego odnalezienie było zadaniem zręcznościowym dla wytrawnych internetowych szperaczy. Ci, którym udało się dokument odnaleźć i ustosunkować się do niego, naturalnie nie doczekali się odpowiedzi, ani nawet publikacji swoich stanowisk, bo MKiDN nie uważa takiej publikacji za swój prawny obowiązek. Nawet jeśli ma rację, co to oznacza w demokracji?

Czy w ustroju demokratycznym możemy sobie pozwolić na ochronę praw własności intelektualnej kosztem dokręcenia śruby w stosunku do użytkowników Internetu? Ci już dziś nie bardzo wiedzą co w internecie jest legalne a co nie, jeśli chodzi o dzielenie się utworami kultury. Ponadto, w grę wchodzi ochrona ich prywatności, do której prawo może zostać naruszone przez gorliwych egzekutorów postanowień ACTA.

Poprzez utajnienie dokumentów negocjacyjnych i marginalizowanie procesu konsultacji, obywatele zostali wykluczeni z debaty i nie są usatysfakcjonowani ostatecznym kształtem dokumentu. Trudno się zatem dziwić, że masowo demonstrują swoje oburzenie, w tym poprzez akty „cyberagresji”. Tego wszystkiego można by uniknąć, gdyby państwo lepiej demonstrowało  szacunek dla zasad demokracji uczestniczącej.

Katarzyna Szymielewicz

Tekst został pierwotnie opublikowany w Kulturze Liberalnej

Dodaj komentarz