Czipowanie ludzi to przyszłość techniki…

W skrócie

„Czipowanie ludzi to przyszłość techniki” – twierdzą przedstawiciele „sztokholmskiego domu innowacji”. 400 pracowników pracujących w tej szwedzkiej firmie ma już zaszyte pod skórą nadajniki z cyfrowymi wizytówkami i danymi służącymi m.in. do pokonywania bramek w firmie oraz korzystania z kserokopiarek. Pomysłodawcy (firma i współpracująca z nią grupa bio-hackerów) twierdzą, że chcą zbadać na sobie możliwości płynące z czipowania ludzi. Ich zdaniem w przyszłości w ten sposób będziemy komunikować się np. z urzędem skarbowym, Google’em albo Facebookiem.

Te coraz mniej futurystyczne wizje „znakowania ludzi” zaczynają być tu i ówdzie wcielane w życie – zanim pojawiły się w miejscu pracy, eksperymentowały z nimi m.in. nocne kluby. Entuzjaści twierdzą, że to kolejny krok po wszechwiedzących smartfonach. Jednak chip przekracza wyraźną granicę – integralności ludzkiego ciała. Nie można go tak łatwo porzucić – jego aplikacja oznacza utratę kontroli nad tym, jakie dane nosimy i kiedy je udostępniamy. Ponadto wykorzystują one jedną z bardziej kontrowersyjnych z perspektywy bezpieczeństwa technologii: RFID (ang. radio-frequency identification) – jest ona niezwykle podatna na zdalną kradzież danych. Chip, którego właścicielem jest pracodawca, wydaje się też wyjątkowo perwersyjny, odbiera bowiem pracownikowi autonomię, nawet poza miejscem pracy.

Dodaj komentarz