Na 20. urodziny Google zaprasza do świata, w którym nie trzeba myśleć

Artykuł
Google oko

Ile decyzji, które mają dla nas finansowe, zawodowe czy osobiste konsekwencje, jesteśmy w stanie powierzyć sztucznej inteligencji?

Przez ostatnie 20 lat Google z prostej (i w swojej prostocie genialnej) maszyny indeksującej strony internetowe przekształciło się w konglomerat usług i firm, które tworzą jedno z największych imperiów informacyjnych na świecie, ale też bardzo odważnie wkraczają w obszary (pozornie) niezwiązane z usługami internetowymi: od genetyki po wsparcie działań militarnych. Rozmaite projekty prowadzone pod marką Alphabet łączy wspólna wizja świata, w którym naprawdę rządzi informacja. Czy jesteśmy gotowi na przyszłość, w której krytyczne zasoby i narzędzia analityczne kontroluje jedna firma?

Od 6 lat wszystkie usługi Google działają w pakiecie

Wejście w świat Google jest tak proste, jak przesunięcie palcem po ekranie albo wpisanie adresu e-mail, który w przypadku urządzenia z systemem operacyjnym Android uruchamia błyskawiczny proces integracji wszystkiego ze wszystkim. Od 2012 r. Google przyjmuje, że wszystkie usługi – od mapy i wyszukiwarki, po pocztę, dysk i kolejne ułatwiacze cyfrowego życia – działają w pakiecie, a więc decydując się na jedną, od razu dostajemy wszystkie. Zdecydowanie więcej klikania czeka tych, którzy takiej integracji i pełnej personalizacji usług sobie nie życzą. Pod wpływem europejskiej regulacji w polityce prywatności i ustawieniach Google pojawiło się sporo nowych opcji, które przynajmniej pozwalają nam zrozumieć, co się dzieje z naszymi danymi. Jednak realne nad nimi zapanowanie już nigdy nie będzie proste.

Ben Gomes – w Google odpowiedzialny za Wyszukiwanie i Asystenta, a więc kluczowe usługi wykorzystujące sztuczną inteligencję – z okazji 20-lecia firmy zapowiedział, że już niedługo nie będziemy musieli się zastanawiać nad tym, jak sformułować pytanie zadawane wyszukiwarce. Opracowane przez Google algorytmy zdejmą z nas ten wysiłek i same zaproponują wyniki, które mogą (powinny?) nas zainteresować. Dokończą porzucone „w pół drogi” myśli i zadania, podpowiedzą nowe zainteresowania, podrzucą najbardziej adekwatne informacje o świecie. Asystent zaplanuje za nas drogę do domu (a może gdzieś indziej?) i wybierze najszybszą trasę; już dziś Google automatycznie przenosi informacje o zarezerwowanych lotach do naszego kalendarza i przypomina o odprawie – za chwilę będzie już sugerować kolejną podróż, wybierać „optymalne” połączenie i płacić za nie (naszą kartą kredytową).

Sztuczna inteligencja przejmuje nasze życie

Ile decyzji, które mają dla nas finansowe, zawodowe czy osobiste konsekwencje, jesteśmy w stanie powierzyć sztucznej inteligencji? Google zaprasza nas do świata, w którym nie musimy już samodzielnie myśleć. Takie zwolnienie od odpowiedzialności jest kuszące – tym bardziej, im szybciej żyjemy i częściej mierzymy się z wyborami, w których wypadałoby zapytać wyszukiwarkę. Nasz własny wybór jest zawsze obarczony ryzykiem błędu, przypadkowości, działania w pośpiechu, stresie, pod wpływem emocji. Tymczasem Google ma wszystkie dane i nieograniczoną pojemność, żeby je ważyć i analizować. Brakuje mu tylko naszych wartości i życiowych motywacji.

Google nie posługuje się już słynnym mottem „don’t be evil” – w kwietniu tego roku zostało usunięte z kodeksu postępowania. Być może dlatego, że z perspektywy korporacji, która podejmuje decyzje o tym, jakie treści mają prawo „istnieć” na YouTubie i kto w sieci ma tzw. prawo do zapomnienia, nic już nie jest proste. Ze względu na swoją dominującą pozycję Google zaczyna pełnić rolę globalnego arbitra do spraw etyki, prawdy i praworządności. W taką rolę jest wpychany przez samych użytkowników (oczekujących, że ktoś stanie w ich obronie, kiedy są obrażani, albo usunie treści, które ranią ich wrażliwość) i przez regulatorów, którzy kapitulują wobec cyfrowych zagrożeń, nad którymi nie mają realnej kontroli. Google, przynajmniej oficjalnie, nie cieszy się z tego mandatu, ale też go nie odrzuca. Możemy tylko spekulować, czy robi to bardziej z poczucia odpowiedzialności, czy potrzeby wpływu.

Google nie lubi konkurencji

O tym, że Alphabet łatwo nie oddaje pola i chętnie realizuje wpływ, najlepiej świadczy historia jego sporów z regulatorami. Tylko przez ostatnie dwa lata Komisja Europejska nałożyła na giganta 6,5 miliarda euro kar za nieprzestrzeganie reguł konkurencji. Chodzi przede wszystkim o narzucanie użytkownikom własnych usług w ramach systemu operacyjnego Android (który jest instalowany na 80 proc. telefonów) i o dopuszczanie (w ramach sklepu Google Play) tylko tych producentów, którzy współpracują z Google. Okazało się też, że Google wykorzystywał swoją dominującą pozycję na rynku reklamy targetowanej, gdzie poprzez rozbudowany system usług biznesowych kontroluje informacje wpływające i na popyt, i na podaż.

Operacja zmiany nazwy z Google (które stało się jedną z marek) na Alphabet była jasnym sygnałem dla obserwujących firmę z zewnątrz, że jej ambicje sięgają daleko poza terytorium usług internetowych, mimo że mówimy o miliardach użytkowników. Alphabet inwestuje wszędzie tam, gdzie kluczowym zasobem jest zdolność przetwarzania danych i wyciągania z nich wniosków, których nie widać ludzkim okiem. Ta przewaga już wprowadziła korporację na rynek usług transportowych, energetycznych, medycznych (start-up 23andMe przewidujący choroby na podstawie próbek DNA), robotyki, a nawet wsparcia operacji militarnych (głośny Project Maven, krytykowany nawet przez pracowników Google). Po czym poznamy, że ten obszar wpływu stał się politycznie lub ekonomicznie niebezpieczny? Hey Google, don’t be evil.

Katarzyna Szymielewicz

Tekst ukazał się w cyfrowym wydaniu Tygodnika Polityka.

Dodaj komentarz