Olimpijski stan wyjątkowy

Artykuł

Czy kogoś jeszcze dziwi, że atmosfera wokół olimpiady w Londynie przypomina przygotowania do wojny połączonej z epidemią? Oby tak. Moment, w którym przestaniemy nie tylko reagować, ale nawet się dziwić, będzie końcem demokracji opartej na fundamentalnych prawach człowieka. 

Od tak dawna jesteśmy oswajani z myśleniem, iż każde wydarzenie angażujące masy ludzi (w wypadku Londynu mówi się o 2 milionach osób) jest równoznaczne ze stanem wyjątkowym, na który trzeba wyjątkowo reagować, że logika ta zyskała rangę dogmatu. Dogmatu, z którym dyskusja przestaje być możliwa, co samo przez się stanowi zagrożenie dla zasad, jakimi powinno się kierować otwarte i demokratyczne społeczeństwo. Każda polityka publiczna ograniczająca prawa człowieka musi podlegać debacie i rewizji ze względu na takie zasady, jak konieczność podejmowanych środków i ich proporcjonalność. Zamiast racjonalnej debaty mamy jednak logikę stanu wyjątkowego, zgodnie z którą pytanie o wszelką konieczność w najlepszym razie traktowane jest jako przejaw braku zdrowego rozsądku, w najgorszym – jako mocna przesłanka do zdobycia etykiety „terrorysty”.

Mechanizm wykluczenia nie tylko z debaty publicznej, ale wręcz z systemu ochrony prawnej doskonale opisał Giorgio Agamben na przykładzie globalnej wojny z terroryzmem. W wypadku Wielkiej Brytanii to zestawienie jest podwójnie uzasadnione, ponieważ mówimy właśnie o kraju, który na tle Unii Europejskiej jest w wojnę z terroryzmem zaangażowany najmocniej (przynajmniej od 2005 r., kiedy doszło do zamachów w Londynie). Kontekst daleko posuniętego bezpieczeństwa dla wszystkich obserwatorów jest na tyle oczywisty, że nieomal przysłania sportowy i rozrywkowy charakter wydarzenia, które organizuje Londyn. Z drugiej strony, od 1972 r. i tragicznego zamachu na izraelskich sportowców podczas olimpiady w Monachium wspomniane dwa sposoby myślenia o sportowych megawydarzeniach są nierozerwalnie związane. I bynajmniej nie chodzi o to, by w arbitralny i sztuczny sposób je rozdzielać, przekłamując rzeczywistość. Chodzi tylko o dopuszczenie rzeczowej, racjonalnej i niezdominowanej przez strach analizy, jakie kroki i ograniczenia praw obywatelskich rzeczywiście są uzasadnione.

O środkach bezpieczeństwa i ograniczeniach, jakie w imię „olimpijskiego spokoju” podejmuje Londyn, wiemy całkiem sporo. Najzwięźlej podsumował podstawowe fakty Michał P. Garapich w tekście dla „Polityki”: „13 tys. żołnierzy – więcej niż stacjonuje dziś w Afganistanie, lotniskowiec u ujścia Tamizy z helikopterami bojowymi na pokładzie, myśliwce Typhoon w stanie gotowości bojowej, wyrzutnie rakiet ziemia-powietrze na dachach prywatnych domów, drony z kamerami fruwające nad miastem, 25 tys. ochroniarzy, 60 psów tropiących materiały wybuchowe, tysiące tajniaków, specsłużby z całego świata, specjalne drogi dojazdowe dla vipów”.

Ile z tych ograniczeń dotknie pokojowo nastawionych obywateli i kibiców? W tym momencie jeszcze trudno ocenić: prawdziwy spektakl z użyciem najnowocześniejszych systemów elektronicznego nadzoru obejmujących lotniska, dworce, drogi dojazdowe, centrum miasta, wioskę olimpijską i wszelkie miejsca z klauzulą „podwyższonego ryzyka” dopiero się zaczyna. Już jednak wiemy, że strategia utrzymania (poczucia?) bezpieczeństwa w czasie olimpiady w dużej mierze jest oparta na profilowaniu i działaniach prewencyjnych. A te, z definicji, mogą dotyczyć każdego człowieka, którego profil osobowy lub zachowanie wyda się policji i służbom „potencjalnie niebezpieczne”. Ta logika stanowi kwintesencję społeczeństwa nadzorowanego i sama w sobie stanowi poważne nadwyrężenie standardów praw człowieka, wśród których jest także domniemanie niewinności.

O działaniach prewencyjnych i zarządzaniu społeczeństwem w brytyjskim wydaniu tak pisze cytowany już Michał P. Garapich: „Policja ma prawo aresztować osoby podejrzane o zakłócanie olimpijskiego święta – demonstrantów, bezdomnego, a nawet osobę uznaną za naruszającą spokój, np. przez publicznie wyrażane niezadowolenie. Specjalna ustawa olimpijska, uchwalona już w 2006 r., daje także prywatnym firmom bezprecedensowe uprawnienia w zakresie zarządzania tłumem – od zatrzymania po użycie siły. Od roku trwa akcja prześwietlania przeszłości ponad pół miliona osób, które będą miały dostęp do Parku – pracowników, ochroniarzy, wolontariuszy, sportowców i ekip towarzyszących. W newralgicznych miejscach miasta rozlokowano systemy monitoringu rejestracji samochodowych i rysów twarzy”.

Polityka bezpieczeństwa, jakiej modelowym wdrożeniem są brytyjskie przygotowania do olimpiady, to nie tylko poważne wyzwanie dla teorii i praktyki praw człowieka. Jest również bardzo niepokojącym sygnałem, że w naszej globalnej wiosce nie ma miejsca na zaufanie; nie ma już wiary w to, że wystarczą oddolne mechanizmy kontroli społecznej. Bezwzględnie dominuje lęk przed obcym i myślenie w kategoriach zagrożeń, którym trzeba „jakoś przeciwdziałać”. Nawet jeśli zapanowanie nad płynną rzeczywistością i wyeliminowanie ryzyka z definicji nie jest możliwe, nawet jeśli walczymy już tylko o złudne poczucie kontroli, a w zamian poświęcamy zupełnie realne prawa i wolności.

Katarzyna Szymielewicz

Tekst został pierwotnie opublikowany w Kulturze Liberalnej

Dodaj komentarz