Polityczne gry wokół sprawy PRISM

Artykuł

Polityka już tak ma, że karmi się emocjami. Sama wiedza o problemie często nie wystarczy, żeby uczynić go politycznym. Natomiast emocje pomagają bardzo. Dlatego od dwóch tygodni nie tylko media żyją dyskusją o amerykańskim programie PRISM – równie gorąco jest w Brukseli. Jednak dopiero wczoraj doszło do spotkania komisarz Viviane Reding z eurodeputowanymi z Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych (LIBE) i wymiany poglądów na ten temat.


Viviane Reding, jako komisarz odpowiedzialna m.in. za ochronę praw podstawowych obywateli UE, nie ma lekko. To ona pod koniec 2011 roku zaproponowała wprowadzenie do projektu unijnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych dodatkowych gwarancji, które mogłyby utrudnić takie praktyki, jak przekazywanie hurtowych ilości danych organom innych państw. Pod wpływem amerykańskiej dyplomacji inni komisarze, w tym Cecilia Malmstroem – liberalna, szwedzka komisarz odpowiedzialna za sprawy wewnętrzne i bezpieczeństwo – przekonali ją do zarzucenia tego pomysłu. Wówczas nikt w Parlamencie nie podnosił larum. Dużo więcej hałasu wywołał natomiast sam projekt rozporządzenia, który zdaniem wielu posłów zagraża obecnym modelom biznesowym i może wpędzić Europę w jeszcze większy kryzys gospodarczy.

Na ostatnim posiedzeniu Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych nastąpiła ciekawa wolta: wielu posłów znanych raczej z krytyki zaproponowanego przez Reding rozporządzenia (np. Axel Voss czy Sarah Ludford) publicznie oskarżało komisarz o brak gwarancji chroniących obywateli UE przed nadużyciami takimi, jak ujawnione przez Edwarda Snowdena. Dwie silne grupy polityczne – Europejska Partia Ludowa i liberałowie (ALDE) – wezwały do przywrócenia artykułu 42 (numeracja z pierwotnego projektu Komisji), mimo że wcześniej żaden poseł z tej strony politycznej sceny takiej poprawki nie zaproponował. Co gorsze, posłowie jakby zapomnieli, że samo wpisanie w nowe rozporządzenie dodatkowych ograniczeń dotyczących transferu danych poza granice Unii nie rozwiązuje problemu. Podstawowym problemem jest przecież nie brak gwarancji prawnych w Europie, ale istnienie sprzecznych z nimi przepisów w Stanach Zjednoczonych. Dopóki amerykańskie firmy działające na europejskim rynku będą musiały się mierzyć z takim konfliktem jurysdykcji, nasze dane nie będą bezpieczne.

Dróg wyjścia jest kilka. Można dodać europejskiemu prawu silny argument w postaci sankcji finansowych wyższych niż te, którymi straszy rząd amerykański za nieprzestrzeganie FISAA, licząc, że nie wszyscy od razu uciekną. Można też rozwijać program europejskiej (bezpiecznej) chmury, tak jak kiedyś kolektywnym wysiłkiem inwestowano w projekt Airbus, jako alternatywę dla Boeinga. Ale warto chyba zacząć od tego, co już mamy na stole i co nie pociąga za sobą ani dużych nakładów finansowych ani szczególnego biznesowego ryzyka. Od dwóch lat trwają (teoretycznie – bo w praktyce od roku są zamrożone) negocjacje porozumienia między UE i USA o wymianie danych na potrzeby organów egzekwowania prawa. O losy tego porozumienia zapytał Reding tylko jeden poseł – Jan Philipp Albrecht (z resztą odpowidzialny za prace nad nim z ramienia Parlamentu).

Reding w swoim wystąpieniu podkreślała, że jest pilna praca do wykonania. Jej zdaniem afera z PRISM to pobudka dla europejskich instytucji: musimy niezwłocznie przyjąć nowe przepisy, które zapewnią ochronę danych i w sektorze komercyjnym i w sferze egzekwowania prawa, bo te dwie są ze sobą nierozerwalnie związane. Komisarz po raz kolejny podkreśliła, że opóźnianie prac nad projektem rozporządzenia o ochronie danych osobowych jest na rękę tylko tym, którzy takimi mocnymi standardami nie są zainteresowani. Nawiązała też do spotkania z prokuratorem generalnym USA Eric'em Holderem i siedmiu szczegółowych pytań o program PRISM, jakie zadała mu na piśmie. Ani w rozmowie ani w formie pisemnej nie doczekała się jeszcze satysfakcjonujących odpowiedzi. Dlatego w tym tygodniu wysłała kolejny list, w którym podtrzymuje wszystkie pytania.

Sytuacja rzeczywiście wydaje się poważna. Obserwując polityczne roszady w Brukseli trudno ją jednak przeceniać. Jak tylko zamieszanie wokół PRISM trochę przycichnie, znowu dyskusję zdominują głosy w obronie "swobodnego przepływu danych", bez którego globalna gospodarka sobie nie poradzi. A argumenty prawno-człowiecze zejdą na dalszy plan. Na horyzoncie widać już inne porozumienie, które ma szansę na tyle zdominować uwagę Komisji i eurodeputowanych, że na kolejny rok zapomną o porozumieniu w sprawie wymiany danych na potrzeby organów egzekwowania prawa. Chodzi o Transatlantic Trade and Investment Partnership, w którym i strona amerykańska i europejski komisarz Karel de Gucht (dobrze znany z prac nad ACTA) chętniej by widzieli ułatwienie niż utrudnienie dla przepływu danych. Show must go on.

Katarzyna Szymielewicz

Więcej na ten temat:

Parlament Europejski: EU citizens' data must be properly protected against US surveillance

Komisja Europejska: Vice-President Reding makes it clear that data protection rights of EU citizens are not-negotiable 

Panoptykon: Euroatlantycki impas na życzenie

Panoptykon: PRISM – nic nowego pod słońcem

Komentarze

Obecnie aktywność członków PE "w sprawie" wynika z "indukcji". Mam dużo mniejsze (niż p. Katarzyna) zaufanie do działań polityków. Bo: "Po owocach ich poznacie..." Pani Viviane Reding bywa skuteczna w swych działaniach. Życzę Jej sukcesów i niewyczerpanych zasobów cierpliwości w oczekiwaniu na odpowiedź zza oceanu. Traktuję ją jako sojusznika. Ale nadal zastanawiam się, kto tu rzeczywiście "kieruje"! Chcę wierzyć, że nikt (w PE) nie zechce występować w roli kierowcy autobusu, który po wypadku tłumaczy, że wiedział (o usterkach pojazdu), ale "nic nie mógł", "nie miał wyboru, bo mu kazali, a jest przecież bezrobocie". Ale "naprawdę jest mu niezmiernie przykro!!!"

Wydaje mi się, że trzeba wreszcie nazwać rzecz po imieniu: ochrona naszej prywatności jest obecnie iluzją. Brak złudzeń nie zmniejszy bólu, ale rozczarowanie - tak. Obowiązuje zasada: "Uczciwość nie jest w cenie. Bezwzględność - tak". Bo nie jest/było uczciwe np. zatajanie  "ubocznych" skutków" (ryzyka) przetwarzania naszych danych "w chmurze", korzystania z portali środowiskowych, itd. Czy którykolwiek z użytkowników zadał sobie pytanie: kto i po co naraża się na dodatkowe koszta?! Koszta, które następnie minimalizowane są przez lobbing odwołujący się do "swobodnego przepływu danych"!

Dlaczego dopiero: aktywność środowisk pozarządowych, dziennikarzy, duże (i upublicznione) "wpadki" służb oraz agencji rządowych w realizacji projektów (jak te ostatnio ujawnione) mącą powszechny spokój i samozadowolenie.

Dla znawców tematu nie jest tajemnicą, że żaden z ujawnionych projektów nie jest "świeżynką". Funkcjonowały od lat. I co? I nic. A przecież ujawnione przykłady stanowią jedynie przysłowiowy "wierzchchołek góry lodowej".

Dla TTIP kluczowy będzie wynik rozmów pomiędzy USA a przedstawicielami UE. Na pierwszym spotkaniu będziemy gośćmi w Waszyngtonie. Wydarzenia ostatnich lat wskazują, że niestety (jako Europa) występujemy wyłącznie w charakterze petenta. Pominięcie Brukseli na szlaku europejskiej wizyty Obamy też ma swoją wymowę. Nie potrafię się wyzbyć się wrażenia, że znów poniesiemy koszty jak... nabywcy Dreamliner'a.

Być może dlatego zapewnienia Barrosso i Obamy, że teraz wszystko (TTIP) ruszy "z kopyta" miast błogostanu, powodują mój niepokój. Dotychczas nasza prywatność nie miała najmniejszych szans w konfrontacji z "boosting trade and investment" (zwiększeniem wymiany handlowej i inwestycji). Zwłaszcza tych zza oceanu. Nie, nie jestem przewrażliwiony. Nie znam przypadku, gdy chroniąc "interes europejski" naruszyliśmy prawo federalne! ;) Odwrotnie - wystarczy poczytać. Posłuchać...

BTW o ile poświęcamy wiele uwagi "służbom państwa" to niewielu "zawraca sobie głowę" ochroną (oraz zasadom udostępniania) zbiorów podmiotów niepublicznych lub prywatnych. Ani podmiotów, ani zbiorów nie wymieniam z nazwy, gdyż jest ich zbyt wiele. I są powszechnie znane. I wykorzystywane.

Kiedyś spacedując wąskimi uliczkami (Benelux) zwróciłem uwagę na totalny brak firanek w oknach. Spytałem "tubylca": "Nie przeszkadza wam, że każdy może zajrzeć do środka?". Oburzył się: "A jakim prawem ktoś miałby zaglądać w moje okno?!". Myślę, że już zrozumiał. I wie o co pytałem.

Dziś wszyscy zapeniają mnie: "Spoko, jest OK!". Inni dodają ze zniecierpliwieniem: "Porządni nie mają nic do ukrycia!".
I jedni, i drudzy... "nosy mają przyklejone do szyby mego okna".

I jedni, i drudzy bez mojej zgody!

Dziękuję za Wasz głos i działania "w sprawie". Pozdrawiam serdecznie - J.

Bardzo dziekuję Sceptykowi za ten komentarz! Mój optymizm i zaufanie też są bardzo ograniczone, stąd taki a nie inny tekst. Reding naprawdę się stara, ale napotyka bardzo poważne, polityczne przeszkody. W Parlamencie też oczywiście zdarzają się prawdziwi sojusznicy, ale trzeba wiedzieć, jak odróżnić grę od faktycznych starań. Niestety, z pozycji polskiego wyborcy bywa to bardzo trudne... Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za wsparcie dla naszych działań!

Dodaj komentarz