Głos w obronie prywatności urzędników państwowych

Artykuł

W przelewającej się przez polskie media od niemal dwóch tygodni dyskusji na temat kolejnych nagrań publikowanych przez Wprost padły już niemal wszystkie argumenty. Opozycja mówi o skandalu, rząd – o zamachu stanu i działalności zorganizowanej grupy przestępczej. Jest jednak jeszcze jeden, zbyt często pomijany aspekt całej sprawy: konieczność znalezienia złotego środka pomiędzy jawnością życia publicznego a prawem ministrów i innych osób pełniących funkcje publiczne do prywatności i swobodnych dyskusji o charakterze roboczym.

Jak opisuje Iwan Krastew w książce „Demokracja nieufnych”, w Bułgarii w 2009 r. pracę rozpoczął nowy rząd, który – w imię polityki pełnej jawności – publikował na stronie internetowej nagrania ze swoich posiedzeń. Paradoksalnie, konsekwencją była przemiana tych posiedzeń w pozbawiony jakichkolwiek dyskusji i sensu spektakl. Większość decyzji podejmowano bowiem poza posiedzeniami rządu: podczas kuluarowych rozmów na korytarzu, albo roboczych spotkań, na których ministrowie swobodnie wyrażali swoje opinie, stawiali trudne pytania i podnosili wątpliwości. Czy stenogramy z przebiegu takich roboczych spotkań powinny być ujawniane w imię interesu publicznego?

Spotkania robocze można porównać do wewnętrznych maili, w których grupa ludzi (Rada Ministrów, zarząd firmy czy zespół organizacji społecznej) ustala wspólne stanowisko prezentowane później publicznie. Naczelny Sąd Administracyjny – w sporze o granice dostępu do informacji publicznej – przesądził, że korespondencja elektroniczna urzędników państwowych stanowi niepodlegające udostępnieniu dokumenty wewnętrzne (sygn. I OSK 1203/12). Zdaniem NSA obywatele nie mogą żądać od administracji ujawnienia treści maili w drodze dostępu do informacji publicznej, ponieważ te wstępny etap wypracowywania decyzji i stanowisk przez decydentów jest ich wewnętrzną sprawą. Sąd potwierdził tym samym, że urzędnik państwowy również ma prawo do swobodnych dywagacji i nie wszystko, co mówi lub pisze, powinno być ujawniane w imię interesu publicznego.

W batalii o pełną jawność życia publicznego chodzi nie tylko o paradoks opisany przez Krastewa, ale również tak fundamentalną sprawę, jak przysługujące każdemu – nawet ministrowi – prawo do prywatności. Nawet jeśli uznać – idąc tropem pieniędzy, z których opłacane były rachunki za robocze kolacje ministrów – że podsłuchane spotkania urzędników państwowych miały charakter zawodowy, nie oznacza to jeszcze, że w imię kontrolowania władzy mamy prawo zapoznać się z pełną treścią prowadzonych w ich czasie rozmów.

Dobrą analogią dla sytuacji, w jakiej media próbują postawić urzędujących ministrów, jest relacja pracodawca-pracownik. Zgodnie z prawem i orzeczeniami sądów, pracodawca nie może w dowolny sposób kontrolować swojego podwładnego: nie może np. czytać jego maili, choćby były napisane ze służbowej skrzynki. Europejski Trybunał Praw Człowieka w swoich orzeczeniach (np. sprawa Copland przeciwko Wielkiej Brytanii) precyzuje, że warunkiem stosowania prewencyjnego nadzoru w miejscu pracy jest uprzednie poinformowanie pracownika o stosowanych przez pracodawcę środkach kontroli. Od takiego informowania można odstąpić tylko wyjątkowo – kiedy pracodawca ma uzasadnione podejrzenie, że doszło do popełnienia czynu zabronionego (por. sprawa Köpke przeciwko Niemcom).

Te same reguły powinny obowiązywać w relacji między obywatelami i mediami kontrolującymi władzę, a urzędnikami państwowymi. Nie ulega wątpliwości, że – podobnie jak pracodawca – mamy  prawo kontrolować działania osób, które zostały powołane do służby publicznej. Temu służy m.in. prawo dostępu do informacji publicznej i bardzo szeroka sfera publiczna w polityce (publikowane dokumenty, konferencje prasowe etc.), a w skrajnych sytuacjach mechanizmy konstytucyjne i prawo karne. Nie mamy jednak prawa swobodnie zaglądać do „politycznej kuchni”, ingerując w sferę poufności zawodowej i prywatności tych, którzy pracują dla nas. Co do zasady. Wyjątkiem od tej reguły może być działanie w stanie wyższej konieczności lub w imię uzasadnionego interesu publicznego. I tu wracamy do oceny polskiej afery podsłuchowej i racji Wprost, publikującego nielegalnie wykonane nagrania.

Ingerencja w konstytucyjne prawo do prywatności może być uzasadniona interesem publicznym. Przykładem takiej sytuacji jest działanie Edwarda Snowdena, który złamał wszelkie możliwe klauzule tajności w imię ujawnienia masowej inwigilacji prowadzonej przez amerykańskie służby. Snowden zdecydował się sam naruszyć prawo, ponieważ po stronie władzy dostrzegł – w jego ocenie – niewybaczalne i niebezpieczne przekroczenie uprawnień, a wręcz działanie na szkodę społeczeństwa. To, czy oraz jaki interes publiczny tkwi w ujawnianiu przez Wprost rozmów polskich polityków, w idealnym świecie powinien stwierdzić niezawisły sąd. Zapewne w końcu doczekamy się wyroku w tej sprawie, ale nie stanie się to jutro. Wymiar sprawiedliwości potrzebuje czasu. Niestety, ani media ani politycy nie są skłonni poczekać. Sąd nad podsłuchanymi urzędnikami wydarza się tu i teraz. Dlatego postanowiliśmy przypomnieć, że – obok przejrzystości życia publicznego i wolności mediów – na szali jest też prywatność każdego, kto zdecyduje się dla nas pracować.

Wojciech Klicki, Katarzyna Szymielewicz

Komentarze

Czy to jest jedyne stanowisko Panoptykonu w sprawie Taśm PO? Jeśli tak, to - nawiązując do książki "Snowden. Nigdzie się nie ukryjesz" - ładnie Państwo rozmydlacie temat, dotyczący przecież m.in. ministra Sienkiewicza. Tego samego Sienkiewicza, który blokuje ustawę przeciwko Wielkiemu Bratu i nadzoruje służby specjalne, które inwigilują Polaków. "Ch..., d... i kamieni kupa". 

Dodaj komentarz