Lex Uber, czyli kolejny odcinek sagi o blokowaniu Internetu

Artykuł
Taxi. CC0 Public domain via Pixabay

Sezon na blokowanie Internetu trwa. Do ciągle rozszerzającego się katalogu stron internetowych, które różne instytucje mają prawo zablokować, niedługo mogą – z inicjatywy Ministerstwa Infrastruktury i Budownictwa – dołączyć strony i aplikacje podmiotów oferujących bez wymaganej licencji pośrednictwo przy przewozie osób. Ponieważ regulacja zdaje się być wymierzona przede wszystkim w najbardziej rozpoznawalnego i najsilniejszego gracza na rynku, projekt nowelizacji ustawy o transporcie drogowym oraz ustawy o czasie pracy kierowców przyjęło się określać mianem lex Uber.

Projekt wprowadza obowiązek uzyskania licencji przez pośredników przewozu osób. Zupełnie nie kwestionujemy tej propozycji – państwo ma prawo regulować rynek w taki sposób, jaki uzna za wskazany. W propozycji Ministerstwa pojawił się jednak zapis, który niepokoi nas dużo bardziej. Inspekcja Transportu Drogowego, która zajmować się będzie kontrolowaniem, czy wszyscy przedsiębiorcy posiadają wymagane licencje, ma uzyskać uprawnienie do występowania do prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej z wnioskiem o zablokowanie strony internetowej, aplikacji, numeru telefonu lub innych środków przekazu informacji wykorzystywanych przez pośredników, którzy nie posiadają wymaganej licencji. Przesłaliśmy do Ministerstwa Infrastruktury i Budownictwa nasze uwagi do projektu. Sformułowanie precyzyjnych zarzutów było tym razem wyjątkowo trudne – przepis dotyczący blokowania jest napisany w sposób skrajnie niejasny, a z pomocą nie przychodzi również uzasadnienie projektu.

Dlaczego?

Być może mamy w sobie coś z dociekliwego czterolatka, ale pierwsze pytanie, jakie przyszło nam do głowy po przeczytaniu tej propozycji, brzmi: „Po co?”. Nie pytamy jednak naiwnie. W przeciwieństwie do (prawdopodobnie) większości czterolatków znamy art. 31 ust. 3 Konstytucji RP, zgodnie z którym wszelkie ograniczenia konstytucyjnych praw i wolności – w tym przypadku wolności słowa – muszą być niezbędne i proporcjonalne. W jaki dokładnie sposób blokowanie strony internetowej lub aplikacji wpływa na wolność słowa? Obserwujemy tendencję do bardzo wąskiego rozumienia tej wolności: wyłącznie jako możliwości niczym nieskrępowanego wyrażania własnych poglądów. Tymczasem wolność słowa obejmuje także dostęp do wszelkiego rodzaju informacji, również tych charakterystycznych dla Internetu, takich jak aplikacje lub strony internetowe. Państwo może wprowadzać ograniczenia dla wolności słowa, ale musi każdorazowo szczegółowo i precyzyjnie uzasadnić, dlaczego są one niezbędne i proporcjonalne. W uzasadnieniu projektu nie ma o tym ani słowa. W projekcie są za to przewidziane kary finansowe dla przedsiębiorców, którzy prowadzą działalność bez wymaganej licencji. Czy zdaniem Ministerstwa ta sankcja jest niewystarczająca i potrzeba dodatkowo ograniczenia konstytucyjnej wolności słowa, żeby zrealizować cel ustawy?

Jak?

Odpowiedź na pytanie o to, jak dokładnie prezes UKE będzie blokował strony i aplikacje, również nie jest jasna. Projekt nie mówi też, na jakim etapie odbywać się będzie blokowanie – czy niemożliwe będzie już samo pobranie aplikacji ze sklepu z aplikacjami, czy dopiero jej otworzenie. Nie wiadomo, co stanie się z już zainstalowanymi aplikacjami ani czy jakieś obowiązki – wzorem innych ustaw przewidujących mechanizmy blokowania – spadną na operatorów telekomunikacyjnych.

Co z prywatnością?

Kolejna kwestia zupełnie pominięta przez autorów projektu to wpływ proponowanej regulacji na prywatność użytkowników. Nie wiemy, czy do UKE trafią jakieś dane użytkowników, np. numery IP lub informacje o próbie połączenia z daną aplikacją lub jej pobrania. Projekt pomija milczeniem także to, czy użytkownikom będzie wyświetlany jakiś komunikat oraz czy będą oni przekierowywani na strony rządowe.

Saga bez końca

W naszej opinii zwróciliśmy uwagę na niepokojącą tendencję do blokowania kolejnych fragmentów Internetu przez podmioty publiczne. Nie wydaje się, żeby ten trend miał się nagle zatrzymać – we wtorek nawet Parlament Europejski skusił się na to pozornie proste, ale w rzeczywistości szkodliwe i poważnie ingerujące w prawa człowieka rozwiązanie, wprowadzając w rozporządzeniu regulującym zasady współpracy między krajowymi organami ochrony konsumentów przepisy, na mocy których organy te, np. polski Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, będą mogły blokować strony internetowe nieuczciwych przedsiębiorców. Jeśli – co bardzo prawdopodobne – coraz bardziej rozwijać się będzie społeczne i polityczne przyzwolenie na ingerowanie w treści dostępne w Internecie bez poszanowania wolności i praw obywatelskich i bez uwzględnienia już istniejących, mniej inwazyjnych instrumentów prawnych, to lada moment możemy obudzić się w świecie, w którym blokowana jest każda strona, której nie po drodze z programem danej ekipy rządzącej. 

Karolina Iwańska

Opinia Fundacji Panoptykon w sprawie projektu ustawy o zmianie ustawy o transporcie drogowym oraz ustawy o czasie pracy kierowców [PDF, 313 KB]

Wesprzyj naszą walkę przeciwko arbitralnemu blokowaniu sieci! Wpłać darowiznę na konto Fundacji Panoptykon

Komentarze

To jest cenzura rodem z PRL-u. Jeżeli państwo ogranicza w jakikolwiek sposób swobodę wypowiedzi obywateli, to można śmiało powiedzieć, że w tym kraju nie ma wolności słowa. Jedynym medium gdzie istniała szansa na swobodę wypowiedzi byl internet. Niestety każde panstwo totaliterne i dyktatura musi mieć pełną władzę i kontrolę nad społeczeństwem. I to niestety nadal w polsce mamy.

Każdy, kto nie chce być cyfrowym baranem prowadzonym na rzeź (taka przenośnia...) przez państwową dyktaturę powinien już zacząć się rozglądać za VPN'em. Oczywiście należy walczyć z tymi absurdalnymi pomysłami na poziomie tworzenia prawa, ale przede wszystkim o wolność i prywatność w sieci trzeba zadbać samemu.

Dodaj komentarz