Dlaczego mnie śledzisz?

Artykuł

„(…) krwawią nam źrenice od tej ględźby obleśnej, od tej zachwalanki namolnej, że apartamenta, że koliby, że zbójnickie, że salceson po 6.50, że tam tylko po 5, że pajntbol i srajtpul, że gacie, że ogrodzenia, że jaskinia solna, że jama z gówna, że taki, śmaki, owaki, metr po metrze, płachta za płachtą, sztrajfa za sztrajfą, mamidło za mamidłem, baner taka jego mać w otchłań dostępności, w bezmiar oferty, w nieskończoność satysfakcji oraz spełnienia” – podsumowuje w felietonie dla „Tygodnika Powszechnego” uroki Zakopianki Andrzej Stasiuk.

To realne, namacalne doświadczenie gwałtu, jaki reklama zadaje naszym zmysłom i szarym komórkom, jest dziś przeniesione żywcem do świata wirtualnego. Jednak to nie wizualna opresyjność reklamy jest w sieci najgorsza, ale to, co kryje się pod powierzchnią zalewającego nas badziewia. Niebezpiecznie zbliżamy się do momentu, kiedy otwarcie przeglądarki internetowej nie będzie różniło się zbytnio od wejścia na otoczony kamerami spacerniak. Każdy pośrednik w handlu internetową powierzchnią reklamową i każdy wydawca próbuje śledzić nasze ruchy w sieci, żeby z setek cyfrowych śladów ulepić profil, który po dobrej cenie wystawi na aukcji RTB.

Jak żaba gotowana w letniej wodzie – w gąszczu mrugających pop-upów i ryczących filmików z autoplaya – powoli przyzwyczajamy się do ciastek i skryptów śledzących, traktując je jak zło konieczne lub cenę, którą musimy zapłacić za „darmowe” usługi. Ale Internet nie musi tak wyglądać. Przymuszanie użytkowników do płacenia własną prywatnością i intymnością za dostęp do treści (w dodatku treści coraz gorszej jakości) nie jest uczciwą transakcją.

Żeby o tym przypomnieć, stworzyliśmy stronę „Dlaczego mnie śledzisz?/ Why Are You Tracking Me?”, na którą zapraszaliśmy Was w październiku. Czas wyjaśnić, skąd się wzięła.

„Dlaczego mnie śledzisz” to jeden z elementów antyreklamowej kampanii edukacyjnej, którą stworzyliśmy wspólnie z holenderską organizacją Bits of Freedom i serbskim d:mode studio. Budżet reklamowy kampanii wynosił zaledwie tysiąc euro, które rozdzieliliśmy pomiędzy kilka krajów europejskich. To zmusiło nas do ogromnej precyzji na etapie planowania kampanii. Z pomocą przyszedł nam Google, który w narzędziach do tworzenia reklam udostępnia unikatowe dane na temat osób korzystających z wyszukiwarki.

Wścibskość Google’a pozwoliła wyróżnić dwie główne grupy docelowe kampanii: internautów, którzy już wcześniej interesowali się tematyką prywatności w sieci, oraz osoby, które szukały porad dotyczących trudnych, intymnych tematów (m.in. depresji wśród nastolatków, zaburzeń erekcji, wczesnej ciąży). Tym razem zamiast usługi proponującej rozwiązanie problemu zobaczyli bannery, które bez owijania w bawełnę ujawniały, co i skąd o nich wiedzą, oraz zachęcały do sprzeciwu. W ten sposób reklamowy gigant nieświadomie przyczynił się do ujawnienia głębokości śledzenia i inwazyjności praktyk reklamowych.

Na tych, którzy zareagowali na banery (anty)reklamowe albo inną drogą trafili na stronę docelową kampanii, czekała jeszcze jedna niespodzianka: wiadomość od skryptu śledzącego. Szczegółowa klauzula informacyjna wyjaśniała – w prostych słowach, ale bez uproszczeń – jakie informacje są zbierane na potrzeby kampanii, jak działa tzw. retargeting (dalsze śledzenie na potrzeby reklamowe po opuszczeniu strony internetowej) i jak można samodzielnie zablokować mechanizm śledzący. Dane, które uzyskaliśmy z Piwika, mniej śledzącego otwartego odpowiednika Google Analytics, pozwalają nam mieć nadzieję, że wielu z Was się z nią zapoznało (średnia długość wizyty na stronie wynosiła około minuty).

Ostatnie euro z budżetu zostało wydane na kilka godzin przed decydującymi głosowaniami w Brukseli. Jeszcze podczas trwania kampanii (19.10) Komisja Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych (LIBE) przegłosowała serię korzystnych poprawek, dzięki którym – między innymi – wyszukiwarki i inne strony internetowe nie będą nas mogły bezkarnie śledzić bez naszej wiedzy i zgody, a nasze urządzenia końcowe (np. smartfony) i zainstalowane na nich aplikacje będą musiały gwarantować maksymalny poziom ochrony danych w ustawieniach domyślnych (privacy by default).

Kilka dni później (26.10) w głosowaniu plenarnym Parlamentu Europejskiego Komisja LIBE utrzymała swój mandat i obroniła korzystny dla praw użytkowników projekt rozporządzenia, a zatem będzie reprezentować Parlament w dalszych negocjacjach z Komisją Europejską oraz Radą Unii Europejskiej. Stanowisko samej Rady nie zostało jeszcze wypracowane, ale z daleka widać, że nad rozporządzeniem ePrivacy zbierają się czarne chmury. Niektóre państwa członkowskie – w tym Polska – zajęły otwarcie krytyczne stanowisko wobec projektu i są gotowe blokować polityczne porozumienie. Inne chętnie wykorzystają tę okazję, żeby wprowadzić niekorzystne dla użytkowników i usługodawców rozwiązania, takie jak obowiązkowa retencja danych internetowych na potrzeby walki z przestępczością.

Chcielibyśmy móc powiedzieć, że to ostatnia taka kampania w naszym wykonaniu. Niestety, musimy być gotowi na kolejną rundę ciężkich walk o e-prywatność. Firmy z branży interaktywnej wcale nie mają ochoty rezygnować z darmowych danych. Jak informowaliśmy, przed kluczowymi głosowaniami w Brukseli w sieci pojawiło się wiele nieprawdziwych informacji o możliwych konsekwencjach rozporządzenia ePrivacy, a część z nich zaczęli powtarzać sami europosłowie. Dlatego tak ważne jest, żeby poza głosem lobbystów politycy mieli szansę usłyszeć głos zwykłych ludzi, normalnych użytkowników usług internetowych. To również był cel naszej kampanii.

Maria Wróblewska, Katarzyna Szymielewicz

Komentarze

Dodaj komentarz