Władze na Facebooku

Artykuł

Pełnomocnik Prezydent Warszawy do spraw komunikacji rowerowej prowadzi na Facebooku konsultacje dotyczące lokalizacji stacji wypożyczalni rowerowych Veturilo. Świetnie, że włącza w podejmowanie decyzji obywateli, ale dlaczego tylko tych, którzy korzystają z portalu społecznościowego?

Według informacji prasowych w Polsce ok. 15 milionów osób ma swoje konta na portalu Marka Zuckerberga. Oznacza to, że z serwisu nie korzysta ponad 20 mln Polaków, w tym wielu warszawiaków. Są oni pozbawieni możliwości zabrania głosu w sprawie rowerów Veturilo. Czy organ władzy samorządowej, jakim jest pełnomocnik ratusza, powinien stawiać ich w sytuacji, w której – jeśli chcą się wypowiedzieć – muszą założyć konto na Facebooku?

Ograniczenie możliwości zabrania głosu w sprawie publicznej wyłącznie do użytkowników komercyjnego portalu narusza zasadę powszechności prowadzenia konsultacji społecznych.

Mówi się, że władza powinna być blisko obywateli. Z jednej strony, komunikowanie się z nimi wyłącznie za pośrednictwem Facebooka dyskryminuje osoby, które z tego portalu nie korzystają. Z drugiej – za bardzo „przybliża” to władzę do jego użytkowników i ich danych. W czym rzecz? Otóż żeby wypowiedzieć się w konsultacjach, trzeba zalogować się na własne konto i za jego pośrednictwem oddać głos. W ten sposób władza zdobywa informacje nie tylko o tym, ile osób zagłosowało za konkretnym rozwiązaniem, ale też – kim są konkretni głosujący. Dowiaduje się dużo więcej, niż to konieczne do przeprowadzenia konsultacji.

Czy to rzeczywiście problem, skoro sami umieszczamy swoje zdjęcia na Facebooku? Użytkownicy portalu tworzą swoje profile i – przynajmniej w teorii – decydują o ich wykorzystaniu. Tymczasem wzięcie udziału w konsultacjach na Facebooku jest równoznaczne z „wylegitymowaniem” się przed władzą swoim profilem. A nie po to jest on tworzony. Co więcej, osoby nieposiadające konta na portalu – jeśli w ogóle dowiedzą się o konsultacjach i będą chciały w nich uczestniczyć – będą musiały je założyć. Oznacza to konieczność wyrażenia zgody na przetwarzanie swoich danych przez Facebooka.

Kontrowersje budzi jednak już sama obecność publicznych instytucji na portalach społecznościowych. W praktyce oznacza ona promowanie konkretnych firm i utrudniony dostęp do informacji dla osób, które nie korzystają z ich usług. Kolejnym problemem jest mimowolne zachęcanie obywateli do przekazywania informacji o sobie prywatnym firmom. Istota działania takich portali jak Facebook polega przecież na pozyskiwaniu i komercjalizowaniu danych osobowych użytkowników. Wykorzystywanie serwisów społecznościowych przez ministerstwa czy władze miast tylko napędza ten biznes.

Możliwość szerszego dotarcia do obywateli władze opłacają więc ich danymi osobowymi. Same jednak nie zawsze wychodzą na swoje. Informacje udostępniane na profilu np. na Facebooku nie trafiają do wszystkich „lubiących” go osób – za pomocą algorytmów portal profiluje bowiem użytkowników i docierające do nich informacje. To, co zobaczymy na naszej tablicy, jest uzależnione od celów reklamowych i aktywności naszych znajomych. W efekcie informacje o konsultacjach Veturilo dotrą prawdopodobnie (bo zasady działania algorytmów nie są transparentne) głównie do osób na co dzień zajmujących się polityką rowerową, a ominą inne osoby, które mogą być zainteresowane konsultacjami, np. mieszkające w pobliżu planowanych stacji, ale niejeżdżące regularnie rowerami (bądź niechwalące się tym na Facebooku).

Wątpliwości budzi brak wyraźnej podstawy prawnej do aktywności państwa na społecznościówkach. A przecież władza powinna działać tylko w granicach prawa.

Wypracowanie własnych, atrakcyjnych metod komunikacji z obywatelami jest zadaniem trudnym i wymagającym długofalowej strategii. Stworzenie funkcjonalnych i przyjaznych stron dedykowanych konsultacjom społecznym wymaga wiele pracy (szczególnie ze względu na konieczność uwzględnienia interaktywności: pytanie władzy – stanowisko obywatela – odpowiedź władzy). Do tego konsultacje powinny być transparentne i odbywać się z poszanowaniem prywatności obywateli. Nie ma się co łudzić: w cyfrowym świecie również władze muszą stawić czoła wielu wyzwaniom. Jednak droga na skróty przez portal społecznościowy nie stanowi odpowiedzi na żadne z nich.

Naszymi wątpliwościami podzieliliśmy się z pełnomocnikiem stołecznego ratusza do spraw komunikacji rowerowej. Już po kilku dniach otrzymaliśmy odpowiedź: zdaniem pełnomocnika na portalu społecznościowym prowadzona była jedynie „sonda”, której celem było „wyczucie dominującej opinii publicznej na dany temat”. Wcześniej pełnomocnik prowadził konsultacje za pośrednictwem warszawskiego Centrum Komunikacji Społecznej, a obecnie „zaawansowane są prace nad uruchomieniem oficjalnej strony poświęconej rowerom w Warszawie. Założeniem tego projektu jest m.in. zwiększenie dostępności informacji o rowerach i uniezależnienie jej od posiadania konta na Facebooku”. Trzymamy kciuki, również jako rowerzyści!

Wojciech Klicki, Małgorzata Szumańska

Zdjęcie: Veturilo Warszawa 01, CC BY-SA 3.0, Tomasz Kuran (meteor2017) - Praca własna

Komentarze

Nie pierwszy raz spotykam się z tego typu wykluczeniem. Irytuje mnie to, że często nawet najbardziej oficjalne informacje, dedykowane dużej grupie odbiorców, najpierw trafiają na w/w portal społecznościowy, a dopiero później (lub wcale) na oficjalną stronę (o ile w ogóle istnieje, część firm, instytucji, organizacji i inicjatyw ogranicza się wyłącznie do profilu na Facebooku). Z informacjami mniej formalnymi jest jeszcze gorzej: jako osoba nieposiadająca konta na omawianym portalu, często jestem takich informacji pozbawiany. Większość ludzi nie widzi w tym problemu, mówi "przecież możesz sobie założyć konto", ale dla mnie to jest jawna dyskryminacja.

Dodaj komentarz