Wyjaśniamy wątpliwości związane z projektem ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną

Artykuł

W związku z docierającymi do nas od kilku dni pytaniami o opinię na temat projektu ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, zdecydowaliśmy się przypomnieć – już wielokrotnie publikowane – stanowisko Fundacji Panoptykon w tej sprawie. Ze zdziwieniem i niepokojem obserwujmy, jak hasło "ACTA bis" jest promowane w odniesieniu do tej nowelizacji. Planowana nowelizacja ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną bynajmniej nie wprowadza cenzury, a jedynie "cywilizuje" zasady blokowania spornych treści w sieci na czas trwania sporu. Nie ma w niej mowy o arbitralnym blokowaniu jakichkolwiek treści przez samych usługodawców, nie zmienią się też obowiązujące zasady odpowiedzialności pośredników internetowych za treści publikowane przez użytkowników. Zmieni się jedynie procedura blokowania spornych treści (na czas trwania sporu) i to w sposób korzystny dla użytkowników.

Każdy usługodawca, który arbitralnie zablokuje treść umieszczoną przez użytkownika, po wejściu w życie nowelizacji nadal będzie mógł być pociągnięty do odpowiedzialności prawnej. W tym zakresie projekt ustawy nic nie zmienia. Art. 15a dotyczy jedynie sytuacji, w których treści, jakie użytkownik umieścił w sieci, stają się przedmiotem sporu (np. ponieważ w odczuciu innego użytkownika naruszają jego prawa). Projekt ustawy ma na celu precyzyjne uregulowanie procedury postępowania w takich sytuacjach i ma właśnie zapobiec arbitralnym działaniom usługodawców, czyli potencjalnemu cenzurowaniu treści w sieci. Przyglądamy się pracom nad tą ustawą od samego początku, zgłaszaliśmy w toku konsultacji (które w tym wypadku były prowadzone naprawdę rzetelnie) wiele szczegółowych uwag. Wszystkie uwagi publikowaliśmy na naszej stronie. W jednym z pierwszych artykułów na temat projektu ustawy wyjaśniamy, dlaczego proponowany kierunek zmian jest potrzebny i korzystny dla wolności słowa.

Oto najważniejsze rzeczy, jakie warto wiedzieć o projekcie ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną: 

  • Art. 15a nie modyfikuje zasad, jakie już istnieją na gruncie ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, a które są wyrażone w art. 14 (zasada ograniczenia odpowiedzialności za treść w przypadku hostingodawców).
  • Obecnie jest tak, że usługodawca (np. Onet, Agora czy NK) co do zasady nie odpowiada za to, że na jego platformie zostały opublikowane treści niezgodne z prawem, chyba, że - po pierwsze - dowie się o tym, że dana treść narusza prawo lub dobra osobiste innego użytkownika i - po drugie - nie zareaguje. Art. 14 nie precyzuje jednak, kiedy można uznać, że usługodawca "dowiedział się" o bezprawności. Na tym tle jest wiele sporów i pojawia się presja, żeby samu usługodawcy "prewencyjnie sprawdzali", kto i co na ich platformach publikuje i czy taka treść aby nie narusza prawa. To jest bardzo niebezpieczny kierunek, bo zmierzamy właśnie w stronę cenzury prewencyjnej (por. wyrok Sądu Okręgowego w Tarnowie). W obecnym stanie prawnym pośrednicy są pod dużą presją, żeby wszelkie treści, jakie potencjalnie mogą naruszać prawo, niezwłocznie blokować, ponieważ inaczej narażają się na odpowiedzialność prawną (np. z tytułu zniesławienia albo naruszenia praw autorskich).
  • Nowy artykuł 15a doprecyzowuje warunki, na jakich usługodawca (pośrednik) jest zwolniony z odpowiedzialności i stwarza dodatkowe gwarancje dla użytkowników internetu. Ta zmiana została zaproponowana właśnie po to, żeby usługodawcy nie mogli działać arbitralnie i blokować swobodnie treści, które sami - lub pod presją wielkich koncernów - uznają za nielegalne.
  • Co istotne, projekt wprowadza - po stronie usługodawcy - obowiązek powiadamiania autora o tym, że zostały zgłoszone zarzuty pod adresem treści, jakie umieścił on w sieci, a samemu autorowi daje prawo wniesienia sprzeciwu. W przypadku wniesienia takiego sprzeciwu, usługodawca albo powinien sporną treść odblokować albo przyjmuje na siebie odpowiedzialność za utrzymanie blokady (np. jeśli jest przekonany, że to strona domagająca się zablokowania ma rację) i może za takie zablokowanie być pociągnięty do odpowiedzialności przed sądem.
  • Jak wielokrotnie podkreślaliśmy, uważamy, że projekt nowelizacji nie jest doskonały i w kilku miejscach można by go ulepszyć (np. rezygnując z przymusu ujawniania danych osobowych, jaki obecnie projekt przewiduje w przypadku wysyłania wiadomości o bezprawnych treściach i wnoszenia sprzeciwu). Jednak z pewnością nie jest uzasadnione utożsamienie jego postanowień z założeniami ACTA. Projekt ma jedynie wprowadzić jasną procedurę "arbitrażu", w ramach której usługodawca nie będzie mógł arbitralnie zablokować treści umieszczanych przez użytkowników. Będzie natomiast zobowiązany powiadomić autora, że istnieje spór odnośnie jego treści i dopiero w braku sprzeciwu ze strony autora będzie mógł taką treść  zablokować na czas trwania sporu. Ostateczna decyzja co do legalności treści nadal będzie zależała od sądu.

Po więcej informacji odsyłamy do tekstów na naszej stronie poświęconych tej tematyce.

Komentarze

Ja osobiście w szczególności po artykule międzyinnymi w DI, nie byłem przychylny do tej ustawy, sposób pisania tam o niej był nienajlepszy, i stawiał ją w złym świetle... Lecz ostatnio mnie wzięło na refleksję, że w sumie poprawi sytuację która jest teraz. A teraz jak rozglądam się i orientuje jest dziko, stąd jak rozumiem użycie terminu "ucywilizować", bo teraz się poprostu zapewne straszy pozwem danego delikwenta (usługodawce, portal), że jak się nie usunie danego materiału to spotkamy się w sądzie, dany użytkownik - nagle dostaje bana na swoje konto, z uwagi na "naruszenie praw autorskich" czy z "powodu rozszczeń" i tyle to widział, nie jest wstanie nic wyjaśnić,skąd po co,dlaczego.Szkoda tylko że dany usługodawca musi brać na siebie ciężar odpowiedzialnościi werdykt za to, bo jak mniemam - raczej będzie przychylny każdemu wnioskowi jakie będzie podpisany przez kancelarie prawną, i nie będzie nastawiać karku dla jakiegoś zwykłego szarego użytkownika, który nawet pomimo wszystkiego jak ewidętnie widać, że ma rację, i tak będzie wolał blokować "na wszelki wypadek"... Bo użytkownik raczej nie pozwie portalu,lecz w takim przypadku wyjdzie natura internetu, gdzie odrazu taka sytacja pojawi się na dziesiątkach innych portali,i dana firma która wynajęła kancelarie prawną, będzie musiała srogo się tłumaczyć, straci na zaufaniu, a jak powszechnie wiadomo - zaufanie i opinię stracić można dużo szybciej, niż zyskać.(Chociażby ostatni przypadek z ptasim mleczkiem).Lecz ta natura internetu to i tak półśrodek - trzeba by pomyśleć właśnie aspektem w przyszłości w moim mniemaniu - zresztą zobaczy się jak to wszystko będzie wyglądać w praktyce, jak ustawa już wyjdzie i zacznie funkcjonować.

Tylko że tak - jak już mówię o naturze internetu, należało by dodać i iść za ciosem, że kwestia ewentualnego pozwania danego portalu przez daną kancelarie prawną właśnie w przypadku obrony tego pierwszego na rzecz zwykłego szarego użytkownika, także odbiła by się bardzo szerokim echem w internecie i na dziesiątkach innych portali... Więc tym bardziej nie ma zabardzo po co nadużywać tego """w złych zamiarach""" bo można więcej stracić niż zyskać- ale w dzisiejszych czasach jak widać różnie to jest,w szczególności w innych krajach (głośny przypadek w USA kiedy lekarze dentyści na podstawie ustawy DMCA usuwali negatywne komentarze na swój temat - jak dobrze pamiętam wcześniej roszcząc sobie prawa do nie poprzez specjalne umowy)

Ależ oczywiście, że planowana nowelizacja ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną wprowadza cenzurę, i nie "cywilizuje", lecz zastępuje zasady respektowania umów prawem silniejszego. Jeśli "artykuł 15a doprecyzowuje warunki, na jakich usługodawca (pośrednik) jest zwolniony z odpowiedzialności", to zarazem ustanawia dlań uprawnienie cenzorskie, bo czym innym jest usuwanie treści bez wyroku, oraz depcze umowę zawartą z użytkownikiem. Dla zarzutu "ACTA bis" nie ma znaczenia, że "Ostateczna decyzja co do legalności treści nadal będzie zależała od sądu", a usługodawca "może za takie zablokowanie być pociągnięty do odpowiedzialności przed sądem", ponieważ problemem jest obciążenie użytkownika obowiązkiem i kosztem dowodzenia przed sądem swej niewinności. Do tego sprowadza się "pociąganie do odpowiedzialności". W dodatku użytkownicy zawsze będą tu przegrywać. Przecież w przypadku zasądzenia odszkodowania na rzecz jednego użytkownika w istocie zapłacą za nie pozostali użytkownicy. W takiej sytuacji podmiot podnoszący niesłusznie zarzut naruszenia praw autorskich nie ryzykuje niczym, nawet gdy umyślnie próbuje wymuszeń i szantażu.

Nie pozostaje nam chyba nic innego, jak zachęcić (Pana/Panią?) do przeczytania raz jeszcze dwóch dokumentów: (i) aktualnego tekstu ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną i (ii) tekstu proponowanej nowelizacji. Bez tego dialog nie ma sensu, a raczej w ogóle dialogu nie przypomina.Jeszcze raz podkreślamy, że NIE uważamy tych rozwiązań - zarówno tych proponowanych, jak i istniejących obecnie - za idealne. Szczegółowo wyjaśniamy nasze wątpliwości, które wręcz koncentrują się wokół takich problemów, jak konieczność zapewnienia sprawnej i realnej procedury sądowej; zapobieganie tzw. chilling effect; maksymalne ograniczenie możliwości arbitralnych działań po stronie pośredników itd.Sami "pchaliśmy się" do konsultowania tego projektu właśnie po to, żeby takim ryzykom i problemom zapobiegać. Wciąż też uważamy, że wielu z nich ani ustawa w obecnym kształcie, ani jej nowelizacja nie rozwiązuje. Inna sprawa, że być może na poziomie ustawy tym ryzykom po prostu nie da się zapobiec, bo to kwestia praktyki i stosowania prawa, dostępności pomocy prawnej, edukacji, szybkich ścieżek w sądach itd... Ale twierdzenie, że oto właśnie ta nowelizacja wprowadza "cenzurę" i definitywnie zmienia relacje między użytkownikami i usługodawcami jest zwyczajnym nadużyciem.Fundacja Panoptykon

Smutne jest, że twórcy nie skorzystali z dośwaiadczeń amerykańskeigo DMCA i wprost zastowali zbliżone mechanizmy.DMCA nie działa dobrze, jeszcze gddy owe przepisy były dyskutowane, wielu ostrzegało przed nadużyciami i ostrzeżenia okazały się zasadne. Chwila poszukiwań i można znaleźć liczne przykłady, kiedy te przepisy były używane w celu cenzury, jak we wspomnianym przypadku usuwania przez lekarzy negatyenych komentarzy.Po pobieżnym oglądzie zgadzam się, że istniejące prawo jest niedotateczne, ale uważam, że proste przyjęcie standardu "blokuj po informacji" ("block on notice") jest błędne. Właściwie...nie, "błedne" to zbyt słabe słowo, myślę, że obecna reforma to jeden więcej krok w stronę pozbawienia nas swobody wypowiedzi."Przekaż informację" (moje tłumaczenie "notice on notice") jest opcją jednako bezpieczną dla pośredników  i - w przeciwieństwie do DMCA - nie zagraża swobodzie wypowiedzi.Smutne, że prawodawcy uznali, że wolność słowa i swoboda pośredników nie jest warta więcej niż prawa przez nie zagrożonych.

Nowelizację się popiera albo odrzuca. Cóż w praktyce oznacza: "NIE uważamy tych rozwiązań ... za idealne"? W Polsce sędziowie nie są wybierani demokratycznie i nie podlegają kontroli lokalnej społeczności, lecz są urzędnikami zatrudnianymi decyzją władzy wykonawczej. Jedynym lokalnym opiniodawcą zatrudnienia aplikanta na stanowisko sędziego jest prokurator, występujący później jako strona postępowań przed współwybranym przez siebie sędzią. Mówienie o kwestiach "dostępności pomocy prawnej, edukacji, szybkich ścieżek w sądach itd..." jest obecnie śmieszne. Sądy są zintegrowane z władzą wykonawczą. Obywatele nie mają ani środków obrony swych praw ani zwykle elementarnej wiedzy o zasadach prawa. W szkołach uczy się o grafomańskich pisarzach, a pomija podstawy prawa. Ryzyku naruszania wolności słowa w oparciu o nowelizowaną ustawę należy zapobiec usuwając z niej wszelkie uprawnienia do działania niezgodnego z umową bez orzeczenia sądu o niezgodności z prawem umowy lub jej wykonywania przez stronę umowy. Podmiot, który uznaje swe prawa za naruszone, może za pośrednictwem usługodawcy wezwać użytkownika do ich poszanowania, a w razie jego odmowy wystąpić do sądu o ochronę swych praw i udowodnić ich posiadanie oraz naruszenie. Nowelizacja narusza Konstytucję i cywilizowane standardy prawa cywilnego. Otwiera drogę samosądu silniejszych nad słabszym. Słabszy ma na swój koszt latami dowodzić swej niewinności, by skorzystać z konstytucyjnej wolności słowa? Po 10 latach skarga konstytucyjna? Proponuję demokratyczne referendum.

Wydaje się, że część poparcia dla nowelizacji może być reakcją na błędne orzeczenie albo orzeczenia sądowe. Zasady demokratycznego państwa prawnego ustanawiają w Polsce hierarchię prawa z Konstytucją i ustawami na czele. W odniesieniu do konkretnych praw i obowiązków ustawy nie są sobie w tej hierarchii równe. O odpowiedzialności cywilnej decydują w pierwszej kolejności Kodeks cywilny i Kodeks postępowania cywilnego, przy czym "kodeksowość" tych ustaw daje im dodatkowo wyższą rangę jako ustawom sprawdzonym i opartym o znaczny dorobek prawny. Wyroki sądowe prawa nie stanowią. Dlatego zanim ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną nie podda się testom w wielu postępowaniach sądowych, nie powinno się w oparciu o jakieś przypadkowe orzeczenia wyrażać jakże wątpliwych z cywilnoprawnego punktu widzenia twierdzeń o odpowiedzialności z tej ustawy pośredników za treści, które "pojawiają się na ich serwerach lub stronach WWW". Jeśli pośrednicy świadczą usługi ściśle informatyczne, to wypadałoby poczekać na opinie doktryny i rozstrzygnięcia Sądu Najwyższego oraz Trybunału Konstytucyjnego, zanim stwierdzi się, że w przypadku naruszenia prawa przez publikację wykorzystującą ich usługę informatyczną "zgodnie z obecnym prawem, mogą być z tego tytułu pociągani do odpowiedzialności". Jeśli w odpowiedzi na głupie wyroki będziemy zmieniać prawo, to nie tylko nie pozbędziemy się głupich wyroków, ale w dodatku dorobimy się głupiego prawa. Polskie prawo cywilne wymaga ochrony także przed sędziami.

Dziękujemy za ciekawy komentarz. My też, w punkcie wyjścia (vide ten tekst: http://panoptykon.org/content/nie-chcemy-dostawc-w-us-ug-internetowych-w...) uważaliśmy, że tylko sąd może i powinien decydować o zablokowaniu czy usunięciu treści. Poważnie też się zastanawialiśmy nad modelem "notice and notice" (vide nasz raport na temat regulacji internetu: http://wolnyinternet.panoptykon.org/sites/default/files/raport_na_www.pdf).Ale... po pewnym namyśle i naprawdę WIELU dyskusjach na rozmaitych forach daliśmy się przekonać, że w polskim systemie prawnym model "notice and notice" to nie jest rozwiązanie. Musielibyśmy najpierw przeprowadzić gruntowną reformę sądownictwa, a to jest chyba nawet poza zasięgiem "wishful thinking"... Innymi słowy, nie chcemy skazywać użytkowników, którzy zostali skrzywdzeni w sieci  (mamy na myśli zniesławienie albo naruszenie prywatności/intymności), na uciążliwe procesy sądowe tylko po to, żeby móc taką krzywdzącą treść zablokować.Musi istnieć mechanizm szybkiego blokowania treści NA CZAS SPORU, żeby chronić np. dobra osobiste (niekoniecznie prawa autorskie - uwaga na to, że DCMA dotyczy tylko autorskich, a UŚUDE - wszelkich naruszeń prawa!). W naszej opinii byłoby o wiele lepiej, gdyby decydował o tym nie pośrednik, ale sąd - np. w drodze przyznawania zabezpieczenia. Ale jak zrobić, żeby takie zabezpieczenie nawet przysłowiowy "Kowalski", który nie ma pojęcia o procedurze cywilnej i nie mieszka w mieście rejonowym, mógł uzyskać w 48 godzin? Oto jest pytanie...Fundacja Panoptykon

Doprawdy, "nowelizację się popiera albo odrzuca"? Od kiedy i gdzie?:-) To podejście z gruntu nam obce i obce też procesowi demokratycznemu. Jeśli już wchodzimy w generalizacje, zasadą państwa demokratycznego jest, że "zgłasza się" uwagi i "stara się" nawet kiepskie prawo ulepszać a nie "skreśla" na wstępie. Taka jest np. filozofia konsultacji społecznych, o które konsekwentnie walczymy. Gdyby w polskiej rzeczywistości zastosować podejście 0_1, trzeba by chyba w ogóle zbojkotować proces legislacyjny... 

Co w praktyce oznacza: "NIE uważamy tych rozwiązań ... za idealne"? Znaczy dokładnie to, co jest napisane (w tym i innych tekstach opublikowanych na naszej stronie). Ustawie przydałoby się parę poprawek (które zgłaszaliśmy w konsultacjach społecznych, ale się nie przebiły) i dlatego nie jest idealna. Jednak nie można jej utożsamiać z "wprowadzaniem cenzury" bo to po prostu demagogia. Między prawem idealnym, a prawem wysoce szkodliwym dla wolności obywatelskich jest naprawdę sporo miejsca "na osi". Niedostrzeganie tego wyklucza jakikolwiek dialog.

Niestety, poszerzenie zakresu cenzury do wszystkich treści oskarżanych o nielegalność tylko pogorsza sprawę, bo tym łatwiej znaleźć powód, aby coś usunąć. Zgadzam się, że bez takiego mechanizmu trudności w zasadnych sytuacjach byłyby znacznie większe - ale absolutnie nie zgadzam się, że to jest problem warty tak drastycznych rozwiązań. 99% obywateli nie będzie mieć nigdy problemu tak czy siak, ponieważ większość mediów reaguje na złoszenia użytkowników i jeśli wydają się zasadne, usuwa co trzeba. Dodanie mechanizmu silnie motywującego do usuwania treści jest czysto szkodliwe w przypadku zwyczajnych mediów, które cenią sobie dobrą opinię. Może pomóc w przypadku pozostałych. Lecz jak wiele ich jest?Myślę, że mechanizm byłby niezły, gdyby wysyłający zawiadonienia ponosili pełną odpowiedzialność za ich konsekwencje. Z niezrozumiałych dla mnie względów, ta opcja nie jest brana pod uwagę.

Jeszcze raz podkreślamy, że ta nowelizacja "nie poszerza zakresu cenzury" - prawo do zgłaszania treści, które naruszają prawo - w jakimkolwiek zakresie  - funkcjonuje w UŚUDE od dawna! Co nie jest zakazane, jest dozwolone - a więc istniałaby nawet bez ustawy...

Poza tym możliwość tymczasowego zablokowania treści w wyniku uzasadnionego zgłoszenia i w przypadku braku sprzeciwu ze strony autora naprawdę trudno nazwać "cenzurą". To jest nic innego, jak realizowanie ochrony uzasadnionych interesów użytkowników sieci. Wolność wypowiedzi podlega ważeniu. To wynika z Konstytucji, z Europejskiej Karty Praw Człowieka i z orzecznictwa ( vide sprawa K.U. przeciw Finlandii w ETPCz).

PS. jeśli chodzi o pociąganie do odpowiedzialności tych, którzy świadomie wysyłają manipulacyjne czy nieuzasadnione zgłoszenia, jak najbardziej istnieje. Wynika z kodeksu cywilnego. Jeśli wysłanie takiej wiadomości rzeczywiście naruszyło interesy czy dobra osobiste innego użytkownika albo naraziło na straty samego pośrednika, można dochodzić odszkodowania na drodze cywilnej.

Nie można utożsamiać odrzucenia projektu nowelizacji z bojkotowaniem procesu legislacyjnego, ponieważ odrzucanie projektów to przecież część procesu legislacyjnego. Odrzucając projekt nowelizacji bierzemy udział w procesie legislacyjnym. Etymologicznie rzecz biorąc, procesów w ogóle nie można zresztą bojkotować. Bojkotować można ludzi lub inne podmioty działania czy procesu. W omawianym przypadku w procesie legislacyjnym bojkotowany jest obecnie obywatel. Jeśli ktoś faktycznie "walczy" o konsultacje społeczne, to chwała mu za to, ale obecnie niestety widać jedynie narastające protesty zwykłych obywateli na ulicach przeciw pozbawianiu ich prawa do udziału w demokracji. W demokracji gotowy projekt nowelizację doprawdy zawsze "albo się popiera albo odrzuca". W dyktaturze gotowy rządowy projekt zawsze się przyjmuje, a potem ewentualnie "'zgłasza się' uwagi i 'stara się' nawet kiepskie prawo ulepszać a nie 'skreśla' na wstępie". W polskiej komunistycznej dyktaturze PRL tworzono w tym celu atrapowe organizacje społeczne, w których można było się "starać" w nieskończoność (do upadku PRL, po wielu "etapach reformy"). W demokracji nie ma żadnego powodu przyjmowania "kiepskiego prawa". Należy je odrzucić z tego samego powodu, dla jakiego reklamuje się wadliwy towar i nie dopuszcza do ruchu autobusu z zepsutym hamulcem: koszty odrzucenia są niższe niż koszty naprawy szkód spowodowanych ewentualnym dopuszczeniem; inaczej zyskają tylko jednostki, a większość straci. Na powyższy niemerytoryczny zarzut "demagogii" wypadałoby odpowiedzieć niemerytorycznym pytaniem o powiązania interesów z podmiotami niedemokratycznie usiłującymi ograniczać prawa obywatelskie: z centralną administracją polską i unijną. Komunistyczne dyktatury też uważały demokratyczne żądania za "demagogię".

Prostą jest odpowiedź na wyżej postawione pytanie: jak zrobić, żeby takie zabezpieczenie nawet przysłowiowy "Kowalski", który nie ma pojęcia o procedurze cywilnej i nie mieszka w mieście rejonowym, mógł uzyskać w 48 godzin?. Wystarczy skorzystać z gotowych rozwiązań. (1) Wprowadzić wolny dostęp do zawodu adwokata dla każdego, kto zda przed niezależnym urzędnikiem państwowym pisemny egzamin adwokacki: w USA dzięki temu szukający pracy adwokat znajdzie klienta nawet na wsi, o "mieście rejonowym" nie mówiąc, a opłatę pobierze z kwoty zasądzonej od naruszającego prawo. (2) Wprowadzić demokratyczne lokalne wybory na stanowiska prokuratorów okręgowych: korzystając ze swych obecnych uprawnień, zmotywowany chęcią ochrony swego stołka prokurator ochroni obywatela pewnie w 8 godzin. (3) Stanowiska sędziowskie uczynić również obsadzanymi w lokalnych demokratycznych wyborach: sędzia szukający poparcia wystawi nakaz chroniący obywatela szybciej niż receptę wypisuje mu dziś lekarz finansowany przez NFZ. (4) Podobnie zmotywować Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych i Rzecznika Praw Obywatelskich: zastąpią lub uzupełnią prokuratora w szybkiej ochronie obywatela. To nie "wishful thinking", tylko propozycja likwidacji postkomunistycznych blokad demokracji, których pozostawienie było ceną zapłaconą komunistom za oddanie władzy, ale obecnie nie ma już uzasadnienia.

Życzymy, szczerze i bez ironii, powodzenia! Pierwszy, który dokona takiej reformy, ma szansę na dożywotnią sławę i wdzięczność narodu. Nic, tylko brać się do roboty... :-)

Ad. "Nie można utożsamiać odrzucenia projektu nowelizacji z bojkotowaniem procesu legislacyjnego" - jeśli to ma być odpowiedź na nasz komentarz, to zwracamy uwagę, że my wcale o "bojkocie" nie wspominamy. Polemika chyba nie trafiona, bo przecież istotą naszego komentarza jest dbałość o proces demokratyczny, który wymaga dialogu i wspólnej pracy nad rozwiązaniami prawnymi (zamiast "obrażania się" na ustawodawcę i uznawania każdego pomysłu na zmianę prawa za "z gruntu zły").

Ad. "W omawianym przypadku w procesie legislacyjnym bojkotowany jest obecnie obywatel" - i tu się nie można zgodzić. Akurat ten projekt był konsultowany na KAŻDYM etapie, w sposób otwarty, na spokojnie (mimo presji UE żeby działać szybko) i każdy mógł się w ten proces zaangażować.

Prawo często szkodzi. Każde ograniczenie wolności i praw obywatelskich oraz każda kolejna regulacja prawna są "z gruntu złe", ponieważ podnoszą koszt działania państwa i społeczeństwa ponoszony przez obywateli (i to wobec globalnej konkurencji). Dlatego z założenia propozycję ustawodawczą należy odrzucić, jeśli nie stwierdzi się jej faktycznej potrzeby i korzyści znacznie przewyższających koszty. Prawnicy po części indywidualnie korzystają na komplikacji i rozbudowie prawa, więc ich głos w tej sprawie jest interesowny. Dotyczącemu przygotowywania projektu nowelizacji ustawy stwierdzeniu, że "każdy mógł się w ten proces zaangażować", przydałoby się uwiarygodnienie: (1) poprzez przedstawienie sposobu, w jaki każdy obywatel mógł był zapoznać się ze wszystkimi uwagami i propozycjami do projektu zgłoszonymi przez innych obywateli oraz wnosić własne uwagi i propozycje w sposób czyniący je dostępnymi dla reszty obywateli, oraz (2) poprzez udostępnienie zbioru tak wniesionych uwag i propozycji w sposób pozwalający obecnie na kontrolę jego kompletności. To konieczne, by nie okazało się choćby, że "konsultacje" były podobne do tych, na które zapraszał pewien producent filmowy pewnego redaktora naczelnego.

Wskazane sposoby zapewniania obywatelowi szybkiej ochrony nie są skomplikowane. Opór wynikający z indywidualnych interesów opartych o dawne i niedawne polskie dzieje społeczne, to inna sprawa. Nie znajdzie się niestety "Pierwszy, który dokona takiej reformy" i zasłuży sobie tym na "wdzięczność narodu", ponieważ takie zmiany dokonują się wyłącznie w indywidualnych decyzjach całego "narodu" (wszystkich obywateli, w tym imigrantów) opartych o indywidualne rachunki strat i zysków. Dlatego istotne jest wskazywanie strat powodowanych zgodą na ograniczanie wolności dla ochrony praw autorskich lub dóbr osobistych poprzez prywatne zastępowanie sądów, z kosztem w postaci ryzyka cenzury, czy też -- dla ochrony zdrowia poprzez pośrednie finansowanie lekarza i leków przez NFZ, z kosztem w postaci biurokracji mającej kontrolować każdego finansowanego lekarza i każdą ulgową lub darmową receptę. Niechaj "naród" wybiera i płaci świadomie. W końcu to on za wszystko zapłaci.

Dodaj komentarz