Kto skontroluje kontrolujących? NIK(t) nie może

Artykuł

Najwyższa Izba Kontroli opublikowała od dawna zapowiadany raport z kontroli służb i innych organów uprawnionych do sięgania po nasze billingi. Do zmierzenia się z tematem zainspirowały ją niepokojące doniesienia medialne, krytyczne opinie organizacji pozarządowych (w tym Fundacji Panoptykon) i od lat rekordowe wyniki Polski w „billingowaniu” na tyle innych krajów Unii Europejskiej. Niestety, nadal nie wiemy, czy rzeczywiście jesteśmy najbardziej inwigilowanym narodem w UE, ani czy służby mają rację, sięgając tak często po nasze dane telekomunikacyjne.

O tym, że jest problem z dostępem do billingów, wiemy i mówimy głośno od trzech lat. Dzięki danym udostępnianym przez Urząd Komunikacji Elektronicznej, po raz pierwszy w 2010 roku, dowiedzieliśmy się, że polskie organy biją swoje zagraniczne odpowiedniki na głowę, a dokładnie o rząd wielkości, w dyscyplinie pobierania danych telekomunikacyjnych. Takie odkrycie nie mogło przejść bez echa. W mediach na chwilę zrobiło się gorąco, a my zaczęliśmy powoli i mozolnie drążyć temat. Po dwóch latach zadawania pytań – przede wszystkim tym, którzy sięgają po billingi i dane abonenckie – okazało się, że sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. W zasadzie każdy z sięgających i każdy z udostępniających dane liczy owe „zapytania” trochę inaczej, a UKE nie ma narzędzi, żeby wymusić spójne sprawozdania i narzucić jedną metodykę. W efekcie nadal nie wiemy, jaka jest rzeczywista skala ingerencji służb w naszą prywatność. Ani czemu to wszystko służy...

Najwięcej o problemie (braku) kontroli nad służbami mówi to, czego w raporcie nie ma

Ten wniosek potwierdził raport NIK, w którym prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej, jako jedyny z kontrolowanych organów, został oceniony negatywnie. W raporcie czytamy, że „(j)akiekolwiek wnioskowanie statystyczne o zakresie retencji danych w Polsce, jest, w ocenie NIK, nieuprawnione”. Ale to nie jedyny wniosek, w którym Najwyższa Izba Kontroli potwierdziła diagnozy Fundacji Panoptykon. Najwięcej o problemie (braku) kontroli nad służbami mówi to, czego w raporcie nie ma. Okazało się, że w sprawie zasadniczej – czyli zasadności sięgania po nasze dane telekomunikacyjne – nawet NIK ma związane ręce. Kontrolerzy nie mogli zajrzeć ani do akt sądowych, ani do teczek operacyjnych. Z jednej strony ograniczała ich zasada niezawisłości sędziowskiej, z drugiej - tajność działania służb.

Powinniśmy się cieszyć, że niezależny i dociekliwy organ kontrolny zgodził się z naszymi rekomendacjami: niezbędna jest kompleksowa reforma przepisów regulujących działanie służb, bo w demokratycznym państwie prawa nie może być tak, że nikt ich nie kontroluje. Nareszcie, czarno na białym. Jednak trudno o optymizm, skoro tę samą mantrę od lat powtarzają organizacje pozarządowe, media, Rzecznik Praw Obywatelskich i GIODO, a rząd dalej nic. Czy raport NIK będzie tym ostatnim ziarenkiem, które przeważy szalę i zapoczątkuje realne zmiany?

W worku o nazwie „dostęp do danych telekomunikacyjnych” są dziś instrumenty o różnym stopniu ingerencji w naszą prywatność

Żeby się przekonać, jeszcze trochę będziemy musieli poczekać. Minister Spraw Wewnętrznych obiecywał, że przygotuje ustawę „przeciw Wielkiemu Bratu”, która ucywilizuje kompetencje służb w zakresie korzystania z danych telekomunikacyjnych. Ale szybko z zapowiedzi się wycofał. Na nasz wniosek o dostęp do informacji publicznej z końca września MSW odpowiedziało, że aktualnie nie prowadzi prac legislacyjnych w obszarze retencji danych.

Co jest to zrobienia? Trzeba nie tylko stworzyć niezależne, zewnętrzne mechanizmy kontroli, ale też zrobić to w taki sposób, żeby pracy służb nie sparaliżować. W worku o nazwie „dostęp do danych telekomunikacyjnych” są dziś instrumenty o różnym stopniu ingerencji w naszą prywatność: od sprawdzenia, do kogo należy numer, przez analizę powiązań między ludźmi na podstawie billigów, aż po ustalenie lokalizacji w czasie rzeczywistym. W zasadzie każdy z tych instrumentów zasługuje na inny poziom, czy wręcz inny model kontroli. Z tym matriksem jeszcze w tym roku ma się zmierzyć Trybunał Konstytucyjny. Bardzo na to liczymy, bo innego chętnego na horyzoncie nie widać. 

Katarzyna Szymielewicz

Dodaj komentarz