Po Seminarium Panoptykon: Internet, biznes, manipulacja?

Artykuł

Marcowe Seminarium Panoptykon poświęciliśmy reklamie behawioralnej w Internecie, a jego tytuł brzmiał: „Internet, biznes, manipulacja?”. W charakterze gości wypowiadali się Piotr „Vagla” Waglowski oraz Wojciech Ozimek. Seminarium otworzyło krótkie wprowadzenie Katarzyny Szymielewicz, która zakreśliła ramy tematyczne spotkania oraz zwróciła uwagę na kontrowersyjne aspekty działania firm zbierających w Internecie informacje o jego użytkownikach.

Relacja filmowa z seminarium:

W swojej prezentacji Wojciech Ozimek starał się wyjaśnić pojęcia reklamy behawioralnej i targetowania behawioralnego oraz pokazać, w jaki sposób firmy zbierają różne informacje o nas w sieci. Wyróżnił – posługując się pewnym uproszczeniem – trzy obszary, w ramach których ogólnie rozumiany świat biznesu może pozyskiwać informacje o internautach.

Pierwszy, najbardziej kontrowersyjny, polega na filtrowaniu pakietów (ang. Deep Packet Inspection). Kontrowersyjny przede wszystkim dlatego, że analiza zawartości pakietów może się odbywać zupełnie bez naszej wiedzy i zgody. Ozimek porównał ten poziom ingerencji w prywatność użytkowników do "analizy DNA" w celu sprawdzenia, jakie mamy preferencje i co na nas "działa".

Drugi poziom to analizach naszych ruchów w sieci przy przeglądaniu stron internetowych, która odbywa się za pomocą tzw. ciasteczek (cookies). Ciasteczka - czyli małe pliki tekstowe - generowane przez same strony internetowe lub inne aplikacje, z których korzystamy podczas "chodzenia" po sieci (np. Adobe Acrobat Reader lub Flash) są zapisywane na dysku naszego komputera i umożliwiają śledzenie naszej aktywności w przyszłości. Na tej podstawie rozmaite podmioty wysyłające ciasteczka mogą wyciągać wnioski na temat naszych zainteresowań i preferencji. Zdaniem Ozimka walka na tym froncie jest już bardziej fair: ciasteczka można z dysku skasować, a niektóre z nich można też zablokować poprzez odpowiednie ustawienia w przeglądarce.

Trzeci obszar, ten którym najbardziej interesują się marketingowcy, to poziom aplikacji internetowych, czyli programów, z których aktywnie korzystamy (logując się, podając im dane, przetwarzając za ich pomocą swoje informacje...). Facebook, programy pocztowe, YouTube i tym podobne aplikacje na podstawie naszych logów, grup, do których należymy, danych, które podajemy w arkuszach rejestracyjnych tworzą nasz szczegółowy profil: do jakiej grupy wiekowej należymy, gdzie mieszkamy, jakie mamy zainteresowania itd. Im pełniejszy jest nasz profil, tym więcej dzięki reklamom można na nas zarobić.

Dyskusja, która wywiązała się później dotyczyła fundamentalnej kwestii: czy fakt, że różnego rodzaju firmy mają możliwość zbierania o nas tak szerokiego zakresu informacji jest czymś złym? Czy to, że na tej podstawie mogą do nas kierować bardzo zindywidualizowaną ofertę nie jest już manipulacją? Czy zawsze odbywa się na za naszą wiedzą i zgodą, czy wręcz przeciwnie?

Dość liczna grupa reprezentująca przedsiębiorców internetowych jednoznacznie odpowiedziała, że nie ma w takich praktykach nic złego. Swoje stanowisko argumentowali przede wszystkim tym, że usługi internetowe nie są za darmo. Nie można wymagać od biznesu, by działał charytatywnie. Za możliwość korzystania np. z portali społecznościowych płacimy, nie pieniędzmi, ale swoimi danymi. Jeżeli taka waluta nam nie odpowiada, nie musimy z nich korzystać.

Przeciwnicy takiego stanowiska wskazywali, że bardzo często użytkownicy nie mają możliwości podjęcia świadomej decyzji. Wynika to nie tylko z braku świadomości zagrożeń związanych z udostępnianiem swoich danych osobom trzecim oraz powszechnej wiedzy na temat tego, jak bezpiecznie korzystać z Internetu. Problemem są również regulaminy, którymi zasłaniają się usługodawcy, a które dla zwykłych użytkowników sieci są kompletnie nieczytelne. Na sali pojawiły się głosy, że trudno wymagać od jednostki by była sprytniejsza od potężnych korporacji, takich jak Google, dlatego warto ją wyposażyć w ochronę w postaci odpowiedniego prawa.

Dodaj komentarz