Trolling „antypiracki”

Artykuł

Media coraz częściej donoszą o wysyłanych masowo i „na oślep” wezwaniach do zapłaty za rzekome naruszenie praw autorskich. Wydaje się więc, że zjawisko „copyright trollingu” (trollingu prawnoautorskiego) przybiera na sile. Chęć zdobycia pieniędzy od osób, które rzekomo udostępniły film w Internecie, jest ważniejsza niż bariery prawne i etyczne. Co gorsza, biorą w tym udział przedstawiciele zawodów zaufania publicznego.

Trolling prawnoautorski wymaga podjęcia kilku kolejnych kroków: najpierw wyspecjalizowane firmy, których metody działania nie są jasne, ustalają numery IP komputerów, z których rzekomo rozpowszechniono utwory chronione prawem autorskim (np. filmy). Następnie troll (czyli osoba/firma zajmująca się trollingiem prawnoautorskim) wysyła do prokuratury wniosek o ściganie osób wykorzystujących te adresy IP – jako sprawców przestępstwa „rozpowszechniania cudzego utworu bez uprawnienia”. Po podjęciu sprawy organy ścigania standardowo ustalają tożsamość domniemanego pirata – zwykle wykorzystując do tego celu dane przetwarzane przez operatorów telekomunikacyjnych. I tylko po to prokuratura jest włączana do całej sprawy: troll ma dostęp do znajdujących się w aktach danych osobowych, może więc wysyłać wezwania do zawarcia ugody, pod warunkiem zapłaty określonej kwoty. Wezwania, wysyłane na masową skalę, trafiają do różnych osób: tych, które faktycznie udostępniły utwór chroniony prawem autorskim lub ich rodzin, ale także do osób całkiem przypadkowych.

Co jest złego w walce z „piractwem”? Szerokie zarzucanie sieci – bez oparcia w dowodach – i instrumentalne wykorzystanie postępowania karnego.

Formalnie rzecz biorąc, opisane powyżej działania mieszczą się w ramach legalnego dochodzenia roszczeń z tytułu naruszeń praw autorskich. W praktyce mamy jednak do czynienia z nadużyciem prawa. Charakterystyczne dla trollingu prawnoautorskego jest to, że na etapie wysyłania propozycji ugodowych kancelaria nie ma dowodów potwierdzających, że ich adresaci naruszyli prawo. Adres IP identyfikuje bowiem jedynie łącze internetowe, czego nie można utożsamiać z osobą, która zawarła umowę z dostawcą Internetu. Co więcej, kancelarie wykorzystują dane osobowe ustalone wcześniej przez prokuraturę na potrzeby postępowania karnego (a nie „cywilnej korespondencji”!). Takie działanie ma na celu jedynie komercyjny zysk, a ignoruje koszty generowane po stronie organów państwa i prawa obywateli.

Udział w trollingu biorą adwokaci, którzy w swoich wezwaniach sugerują, że zawarcie ugody i wniesienie opłaty zakończy sprawę. Tymczasem do zamknięcia – trwającej przecież – sprawy karnej potrzebna jest zgoda prokuratora, który podejmuje samodzielną decyzję o losach postępowania.

Wystąpiliśmy, razem z innymi organizacjami, do Naczelnej Rady Adwokackiej z prośbą o zajęcie stanowiska w sprawie udziału adwokatów w „trollowaniu”.

Ze względu na wątpliwości etyczne, jakie rodzi trolling prawnoautorski wystąpiliśmy, razem z innymi organizacjami, do Naczelnej Rady Adwokackiej z prośbą o zajęcie stanowiska w sprawie udziału adwokatów w „trollowaniu”.

Problem copyright trollingu odbija jak w krzywym zwierciadle inny problem: obowiązujące przepisy nie uwzględniają sytuacji osób, których prawa zostały naruszone w Internecie. Chodzi przy tym nie tylko o prawa majątkowe, ale również osobiste – np. dobre imię. Aby kogoś pozwać, trzeba wiedzieć… kogo. A ustalenie tego możliwe jest albo przy wykorzystaniu organów ścigania, albo przy pomocy administratora strony (np. forum, na którym opublikowano kontrowersyjny komentarz). Ta druga droga bywa wyboista i czasochłonna: administratorzy z zasady chronią informacje o swoich użytkownikach przed nieuzasadnionymi wnioskami o ich udostępnienie. I mają rację – nie oni powinni rozstrzygać, kiedy wniosek o dane jest zasadny a kiedy nie. Dlatego takie sprawy ( w wyniku zaskarżenia) zwykle trafiają do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. W efekcie to GIODO musi ocenić, czy wniosek o udostępnienie danych jest uzasadniony i czy druga strona rzeczywiście ma na celu dochodzenie roszczeń. Paradoksalność tej sytuacji polega na tym, że zadaniem GIODO nie jest odgadywanie intencji adwokatów, tylko ochrona danych osobowych.

Brakuje zatem narzędzi skutecznej, szybkiej i precyzyjnej (nie trafiającej rykoszetem w przypadkowe osoby) ochrony praw – czy to majątkowych, czy osobistych – w Internecie. W dyskusji nad tym problemem powraca postulat dopuszczenia tzw. ślepych pozwów, do których nie byłoby potrzebne wskazanie danych osobowych przeciwnika. Potrzebne dane ustalałby dopiero sąd. Niestety „ślepy pozew” wciąż jest wyłącznie tematem ogólnych dyskusji, a nie konkretnych propozycji legislacyjnych. Tymczasem trolling prawnoautorski ma się świetnie.

Wojciech Klicki, Katarzyna Szymielewicz

List Fundacji Panoptykon, Fundacji Nowoczesna Polska, Centrum Cyfrowe Projekt: Polska, Internet Society Poland i Inicjatywy Copyright Trolling Stop do Naczelnej Rady Adwokackiej

Polecamy:

Panoptykon: Ściganie „piratów” z pornografią w tle

Komentarze

To też świadczy o tym jaki nasz system prawny jest dziurawy. Zobrazować można to na przykładzie systemu operacyjnego. Używany jest od dawana, stary, nie dbamy o jego aktualizację, nie stosujemy żadnych zabezpieczeń w postaci oprogramowania. Przykładem takich narzędzi może być, np. e-sąd, każdy może nas o coś pozwać, nawet jak nie ma ku temu powodów/dowodów.

Nasze prawo nie jest przystosowane do nowego środowiska. Tylko, to że nasz system nie uwzględnia wielu aspektów Interentu słuszałem z 10 lat temu i do tej pory za wiele się nie zmieniło w tej materii ;) 

Tutaj dochodzi jeszcze jedna rzecz, tego typu działania wymagają technicznej wiedzy. Firmy które trudnią się takim zarobkiem (wyłudzeniami) działają w grupach, często dość sporych.  

~ ITA

Dodaj komentarz